Być może hollywoodzcy producenci są pazerni na kasę i napędzają bezduszną maszynę wypluwającą kolejne sequele, prequele, stosy remake’ów czy rebootów. Istnieją jednak takie filmy, których nawet oni nie tykają. Czasem dlatego, że to klasyki, który wartość spadłaby po nakręceniu kontynuacji, a po części z powodu niemożności napisania ciągu dalszego do historii, które zamknęły się wraz z napisami końcowymi. Nie oznacza to jednak, że nie próbowali.

Przykładów okropnych sequeli, których powstanie można tłumaczyć jedynie skokiem na kasę jest wiele. Nieudolne kontynuacje miały takie filmy jak „Gorączka sobotniej nocy” (w reżyserii Sylvestra Stallone’a), „Dirty Dancing” (z Patrickiem Swayze’em w epizodycznej roli), „Głupi i głupszy” (mowa nie o filmie z zeszłego roku, a o prequelu „Kiedy Harry poznał Lloyda”), „Maska” (naturalnie bez Jima Carreya), „American Psycho” (z Milą Kunis w głównej roli), „Żądło” (dzięki porażce sequela zrezygnowano z prequela) i „Blues Brothers” (nakręcona wiele lat po śmierci Johna Belushi). Z Polski można wyróżnić choćby „Misia” (z jeszcze dającymi się obejrzeć „Rozmowami kontrolowanymi” i koszmarnym „Rysiem”), „Och Karol!” i „Sztos”.

Uwaga! Tekst zawiera spoilery.

„Siedem” – „Osiem”

Co by nie mówić, film Davida Finchera miał raczej zamknięte zakończenie. Z czworga głównych bohaterów jedno skończyło z kulką w głowie, drugie najprawdopodobniej trafiło do pudła (w sensie więzienia), a trzecie do pudła (w dosłownym sensie). Jednakże tam, gdzie widzowie widzieli koniec historii, szefowie New Line Cinema zauważyli potencjał na sequel. Wykombinowali więc pomysł na kontynuację opartą na historii czwartego z bohaterów, który miał się okazać… jasnowidzem.

„Say whaaat?”

W 2002 studio dostało w swoje łapska scenariusz autorstwa Teda Griffina (m.in. „Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra”) opowiadający o potrafiącym przewidywać przyszłość doktorze, który pomaga FBI złapać seryjnego mordercę. Naukowca zastąpiono detektywem granym w „Siedem” przez Morgana Freemana, tyle że dodano mu owe zdolności nadprzyrodzone. A może miał je przez cały czas, tylko się z tym krył?

Wyobraź to sobie.

Scenariusz został podesłany Fincherowi, który stwierdził, że jest pozbawiony sensu i prędzej zgasi sobie papierosa na oczach niż zrealizuje „Osiem”. Czyli na niego raczej producenci nie mogli liczyć. Skoro już wciskać elementy paranormalne, to może warto byłoby z Johna Doe zrobić psychopatycznego ducha, ścigającego detektywa Somerseta, a z Tracy Mills jego niezdarną, bezgłową pomocnicę? Możliwe, że pomysły tego typu krążyły po gabinetach szefów studia, zanim ci poszli po rozum do głowy i porzucili projekt. Tak czy inaczej, film o doktorze-jasnowidzu doczeka się realizacji, a główną rolę zagra w nim Anthony Hopkins.

„E.T.” – „E.T. 2: Nocne lęki”

Sequel jednego z najbardziej kasowych i kochanych przez widzów filmów familijnych prawdopodobnie zabiłby wszystko to, co złożyło się na jego sukces. Dostalibyśmy złych kosmitów, mordowanie zwierząt i torturowanie dzieci, a jedyne, czego by w nim brakowało to sam E.T. Po sukcesie filmu w 1982 roku, Steven Spielberg i scenarzystka Melissa Mathison od razu zaczęli pracę nad kontynuacją. W niedługim czasie powstał dziewięciostronicowy konspekt, zawierający historię zaczynającą się w ten sam sposób – od lądowania statku kosmicznego w samym środku lasu.

Pierwotnie odtwórcą głównej roli był ktoś inny.

Różnica jest taka, że z wnętrza wychodzi więcej kosmitów, a w dodatku nie przybywają w pokoju. Wyglądają dokładnie jak E.T., tylko są albinosami. Później dowiadujemy że biała odmiana nienawidzi brązowej i przyleciała po to, by dorwać wywodzącego z niej sympatycznego bohatera pierwszej części, którego prawdziwym imieniem okazuje się „Zrek”. Ten jednak opuścił Ziemię jakiś czas temu, więc kosmici spędzają miło czas na zabijaniu leśnych zwierząt swoimi nadprzyrodzonymi mocami. Tymczasem dzieciaki z pierwszego filmu tęsknią za swoim niezwykłym przyjacielem i, co nie dziwne, natrafiają w lesie na kosmicznych albinosów. Ci orientują się, że dzieci wiedzą coś o „Zreku” i porywają je na swój statek, a następnie torturują w celu uzyskania informacji.

Któremu z nich zostawiłbyś dziecko pod opiekę?

W tym momencie seans kinowy zrobiłby się nieznośny przez przerażone krzyki dziecięcej widowni, przeplatane zapłakanym „Dlaczegooooo?!” i „Gdzie jest E.T.?”. Ten miał się pojawić na końcu filmu, uratować uwięzionych i odesłać złych kosmitów z powrotem na drugi koniec galaktyki, po czym sam wsiadłby w statek kosmiczny i odleciał hen, daleko. I tyle. Może i był to jedynie zarys scenariusza i pewnie zaszłoby w nim sporo zmian, ale sam fakt, że takie coś zostało stworzone przez Spielberga i Mathison, nie wróżył dobrze.

„Forrest Gump” – „Gump i spółka”

Zastanawialiście się kiedykolwiek co Forrest Gump robił w latach 80. i 90.? Okazuje się, że w zasadzie to samo, co w 60. i 70. Kontynuacja miała obfitować w kolejne sceny z bohaterem pojawiającym się w centrum wydarzeń ważnych dla historii świata, walczącym na kolejnej wojnie i wygłaszającym nowe powiedzonka o czekoladkach. Gump poznałby też uwielbianych celebrytów z lat dziewięćdziesiątych, takich jak księżna Diana czy… OJ Simpson. Serio. W filmie miała się znaleźć scena z Forrestem siedzącym w Fordzie Bronco, którym były futbolista uciekał przed policją.


Jeśli się dobrze przyjrzeć, to faktycznie…

Eric Roth, scenarzysta zarówno „Forresta Gumpa”, jak i planowanego sequela, powiedział że miał się on zacząć dosłownie pięć minut po zakończeniu pierwszego filmu, z Forrestem czekającym na przyjazd syna ze szkoły. „Bubba Gump Shrimp Company” wpadła w kłopoty finansowe, więc nasz bohater rozpoczął karierę tancerza, by mieć z czego żyć. Stąd też pomysł sceny, w której miał on tańczyć z Lady Di, co zapewne skończyłoby się tekstem w stylu „kilka lat później ta miła księżniczka zmarła”.

To akurat było zbyt nieprawdopodobne – przecież wiadomo, że Gumpowi nikt nie mógł dotrzymać kroku.

Scenariusz do „Gumpa i spółki” oparty został na motywach opublikowanej w 1995 roku powieści o tym samym tytule, z której dowiadujemy się między innymi, że Forrest wymyślił recepturę New Coke, spowodował katastrofę tankowca Exxon Valdez u wybrzeży Alaski, przypadkiem doprowadził do zburzenia muru berlińskiego oraz brał udział w operacji „Pustynna burza”, podczas której wraz z porucznikiem Danem i orangutanem złapał Saddama Husajna. Wracając do wątku z Simpsonem, Gump miał też niechcący doprowadzić do skandalicznego uniewinnienia go od zarzutu morderstwa byłej żony i jej kochanka.

Każdemu się mogło zdarzyć.

Akcja filmu miała zakończyć się w dniu zamachu terrorystycznego w Oklahoma City, skomentowanego przez Forresta z charakterystyczną dla niego dozą mądrości. Takie rzeczy byłyby możliwe przed zamachami na WTC, ale zrządzeniem losu Roth ukończył prace nad scenariuszem 10 września 2001 roku. Tom Hanks i Robert Zemeckis stwierdzili, że świat zmienił się na tyle, że nakręcenie takiego filmu byłoby nietaktem.

„Sok z żuka” – „Sok z żuka 2: Beetlejuice na Hawajach”

Film Tima Burtona wyprzedzał swoje czasy, głównie dlatego, że niósł przesłanie, które jest credo gotów i emo dzieciaków na całym świecie – śmierć jest lepsza od męczarni wygodnego życia wyższej klasy średniej. „Sok z żuka” zarobił pięć razy więcej niż wynosił jego budżet, nic dziwnego zatem, że studio napaliło się na kontynuację i poprosiło by Burton wymyślił coś najszybciej jak potrafi. Jako że ten nie miał ochoty na kręcenie sequela, przedstawił najgorszy pomysł jaki przyszedł mu do głowy.

I tak wpakował się w niezłe g…

Jak można się domyślać z tytułu, akcja przenosi się na Hawaje, gdzie poznana w pierwszym filmie rodzina Dietzów buduje kurort wczasowy. Naturalnie na terenach starożytnego cmentarzyska, co sprowadza z zaświatów duchy, które postanawiają pozbyć się intruzów. Według scenarzysty Jonathana Gemsa, Tim Burton uznał, że połączenie hawajskich plenerów z ekspresjonistycznym stylem mogło być zabawne. Jeśli reżyser sądził, że producenci nie mają aż takiego poczucia humoru to się przeliczył. Studio zamówiło scenariusz i zaangażowało Michaela Keatona wraz z Winoną Ryder do powtórzenia ról z „Soku z żuka”.

„Dlaczego wcześniej nie przeczytałem tego cholernego scenariusza?”

Powtórzona została też praktycznie cała historia, tylko osadzono ją w cieplejszym klimacie. Postać grana przez Winonę Ryder prosi Beetlejuice’a o wykurzenie jej rodziny z wyspy, ten oczywiście się zgadza, ale też ponownie próbuje nakłonić dziewczynę do ślubu. Na koniec jego plany legną w gruzach, przez co zmienia się w olbrzymiego potwora, który za pomocą wskrzeszonych dinozaurzych szkieletów i ożywionych głów z Wysp Wielkanocnych zrównuje okolicę z ziemią. Wtedy nie budząca już zainteresowania upiora Lydia używa swoich nadprzyrodzonych mocy i sprowadza na wyspę olbrzymie fale, zalewające wszystko na swojej drodze, w tym też nieszczęsny kurort. Koniec.

Tim Burton dziękujący Batmanowi za uratowanie honoru.

Na szczęście Burton zajął się dwiema częściami „Batmana”, a Kevin Smith („Clerks”), którego studio poprosiło o przepisanie scenariusza, odmówił. Wygląda jednak na to, że film powstanie, chociaż w mediach pojawiają się sprzeczne doniesienia – wg jednych Tim Burton z radością weźmie udział w projekcie i cieszy się z powrotu jednego ze swoich ulubionych bohaterów, inne zaś mówią o jego ciągłej niechęci do odkopywania historii sprzed 27 lat.

„Casablanca” – „Casablanca 2: Brazzaville”

„Casablanca” to film, który regularnie trafia na listy najwybitniejszych dzieł w historii kina, a cytaty z niego są powtarzane zarówno przez kinomanów, choć może nie zawsze w takiej formie, w jakiej padały na ekranie (vide „Zagraj to jeszcze raz sam”).

„I dare you! I double dare you motherfucker!”

Zatem małe przypomnienie dla tych, którzy nie przyznają się do tego, że ponad siedemdziesięcioletni film jakoś umknął ich uwadze. Akcja filmu dzieje się podczas drugiej wojny światowej w kontrolowanej przez nazistów Casablance, gdzie grany przez Humphreya Bogarta Rick prowadzi nocny klub. Bohater jest typem w stylu Hana Solo – gościem z szemraną przeszłością, który myśli przede wszystkim o sobie. Wtedy pojawia się jego dawna miłość Ilsa, niestety wraz z mężem, by prosić Ricka o pomoc w wydostaniu się z kraju (precyzyjnie rzecz biorąc francuskiego protektoratu Maroka). Czyli ma zaryzykować własnym życiem, by kobieta, którą kocha mogła uciec i żyć sobie długo i szczęśliwie z jakimś innym gościem.

Koniec końców udaje im się to, choć duża w tym zasługa skorumpowanego komendanta policji Renaulta, który najpierw nie ogarnia, że jest robiony w konia i wypuszcza zamkniętego w międzyczasie w więzieniu męża Ilsy, a później ratuje skórę Rickowi, po tym gdy ten zabija niemieckiego oficera próbującego zatrzymać samolot z uciekinierami. W finałowej scenie grany przez Bogarta bohater ogląda jak miłość jego życia odlatuje, a jemu zostaje przyjaźń z wątpliwej reputacji oficerem policji. Choć jak sam mówi, może to być „początek pięknej przyjaźni”.

„Oui, oui! Masz na myśli „friends with benefits”?”

Renault sugeruje chwilę wcześniej, że obaj powinni dołączyć do Wolnej Francji (złożonej ze zniewolonych afrykańskich kolonii) i zbiec do Brazzaville. Tutaj furtkę do nakręcenia kontynuacji znaleźli producenci, dla których pewnie nieważne byłoby to, że pomysł by Rick i Renault walczyli z nazistami może i jest ciekawym materiałem na film, ale podkopałoby całą legendę oryginału. Rzeczą, która czyniła głównego bohatera interesującym było to, że jest on cynicznym łajdakiem, który poświęca własne szczęście dla większego dobra. „Brazzaville” miało z kolei pokazać, że hazard, alkoholizm i handel bronią w przeszłości były dla niego jedynie przykrywką, bo w rzeczywistości cały czas był on amerykańskim szpiegiem walczącym z nazistami. Tak jak Renault – tak naprawdę nie odmieniło mu się w tej ostatniej scenie, bo cały czas miał być tym dobrym, tylko pod przykrywką.

Francuscy tajniacy byli w owym czasie najlepsi na świecie.

No dobra, ale może chociaż scenariusz sequela nie mieszał w historii miłosnej? Nic z tego. Mąż Ilsy miał umrzeć na początku, więc przez resztę filmu kobieta miała poszukiwać Ricka, który w tym czasie próbowałby zinfiltrować niemiecką siatkę szpiegowską w Tangierze. Zadanie to wymagać miało bliższe (i głębsze, if you know what I mean) zaznajomienie się z seksowną hiszpańską femme fatale, pracującą dla nazistów, co całkiem wywróciłoby do góry nogami wątek miłosny. Sytuacja wyglądałaby tak: Rick kocha Ilsę, ale nie może z nią być, bo to przekreśliłoby jego misję, zaś czująca to samo Ilsa pozwoliłaby mu odejść, dla większego dobra. Jednakże seksowna hiszpańska nazistka (hmm, to brzmi niestosownie interesująco) w scenie konfrontacji z niemieckimi szpiegami przyjmuje na siebie kulkę przeznaczoną dla kochanka, dzięki czemu może on w końcu być z Ilsą. W perfekcyjnym happy endzie widzimy ich odpływających w kierunku Ameryki. Anty-Casablanca.

Tu również interweniował Batman.

Najbardziej przerażające jest to, że Bogart zgodził się zagrać w tym filmie. Ingrid Bergman odmówiła, ale producenci mieli już kandydatkę do jej zastąpienia. Na szczęście grube ryby z Warner Bros. zdecydowały, że nie będą angażować się w projekt, choć pewnie przyniósłby on górę forsy.

„Gladiator” – „Gladiator 2”

Jak zrobić sequel filmu, którego główny bohater zginął? Odpowiedź brzmi: nie robić. Chyba że jesteś Russellem Crowe’em, wtedy odpowiedzią jest: zatrudnić gwiazdę rocka do napisania najbardziej szalonego scenariusza filmu o gladiatorach. Żaden z poniższych wątków nie został zmyślony – scenariusz do „Gladiatora 2” naprawdę istnieje i został zatwierdzony zarówno przez Crowe’a, jak i Ridleya Scotta. Z drugiej strony, film byłby tak odjechany, że aż chce się go zobaczyć. Scott i Crowe bardzo chcieli zrealizować kontynuację, ale problemem było wspomniane na wstępie uśmiercenie głównego bohatera. Odtwórca roli Maximusa postanowił znaleźć sposób na ominięcie tego „detalu” i zatrudnił Nicka Cave’a, by ten zaproponował jakieś kreatywne rozwiązanie.

Maximus supportował Cave’a na kilku koncertach.

Historia zaczyna się od tego, że Maximus wymusza na rzymskich bogach przywrócenie go do życia. Po powrocie na ziemię spędza trochę czasu na obronie wczesnych chrześcijan przed prześladowaniami, a do tego dowiadujemy się, że stał się nieśmiertelny. Przez następne dwie godziny Maximus walczy w każdym ważniejszym konflikcie zbrojnym w historii ludzkości – od krucjat, przez II wojnę światową (podczas której dowodzi załogą czołgu), po wojnę w Wietnamie. Na końcu znajduje zatrudnienie w Pentagonie. Russell Crowe przeczytał scenariusz, który naprawdę mu się spodobał. Ridley Scott stwierdził, że można spróbować go zrealizować, ale jakimś cudem studio powiedziało „nie”. Obaj skupili się więc na kręceniu „Robin Hooda”, którego można uznać za nieśmiertelnego Maximusa w XII wieku.

Oryginalny tekst: http://www.cracked.com/article_19751_6-insane-sequels-that-almost-ruined-classic-movies.html

A teraz podziel się, nie bądź świnka!