Oglądając niektóre filmy nieraz zastanawiamy się „jak to możliwe, że taka gwiazda zgodziła się wystąpić w takiej szmirze”. Oczywiście często zdarza się, że za firmowanie swoim nazwiskiem wylewającej się z ekranu kupy gówna aktorzy przytulają niezłe sumki, co w pewnym stopniu rekompensuje im skazę na filmografii (lub pozwala wykaraskać się z długów, co też nie jest rzadkością). Bywa również tak, że ze względu na podpisane z wytwórniami kontrakty zwyczajnie nie mogą się z tego wykręcić.

Nie zawsze problem dotyczy wartości artystycznej filmu. Aktorzy mogą być zmęczeni pracą przy wcześniejszej produkcji, czuć niechęć do kogoś z ekipy lub po prostu mieć inne plany na najbliższe miesiące. Inna sprawa, że powinni to wziąć pod uwagę w momencie podpisywania cyrografu. Bo jak inaczej nazwać kontrakt, który obliguje do występu w kilku filmach produkowanych przez daną wytwórnię, nie wiedząc nawet o czym opowiadać będzie większość z nich?

Channing Tatum – G.I. Joe

Jego warsztat aktorski można cenić lub nie (to drugie wydaje się być bardziej zrozumiałe), ale nie sposób zaprzeczyć temu, że „Magic Mike” jest jedną z największych gwiazd współczesnego kina (jeśli współczesność zamkniemy w ostatnim pięcioleciu). Film, w którym udziału Tatum żałuje, premierę miał w 2009 roku, a więc nie mógł on ot tak odrzucić roli, zwłaszcza że musiał wywiązać się z kontraktu z Paramount Pictures. Mimo że aktor w dzieciństwie był fanem kreskówki do której nawiązuje film, to jednak w wywiadzie dla Howarda Sterna przyznał, że nie do końca przekonywał go scenariusz. W następstwie tego występu oferowano mu głównie role w filmach akcji i komediach romantycznych (czyli dwóch plagach współczesnego kina), ale koniec końców Tatum przyznaje, że dzięki „G.I Joe” miał okazję się wybić. Zagrał też w sequelu, więc chyba aż tak bardzo nie mierzi go łatka mięśniaka.

Cała obsada – „Movie 43”

Niektóre filmy kręci się po to, by odmóżdżały. Tyle tylko że odmóżdżać też trzeba umieć, a tej umiejętności zdecydowanie twórcy „Movie 43” nie posiedli. Poczucie humoru, które może wprawić w zażenowanie nawet najbardziej tępego gimbusa, nie przeszkodziło im jednak w zaangażowaniu gwiazd takich jak Hugh Jackman, Kate Winslet, Emma Stone, Richard Gere, Halle Berry, Gerard Butler i Naomi Watts (a nie jest to wcale lista kompletna). Okazuje się, że nie musieli używać szantażu – wystarczyło kilka lat przed właściwymi zdjęciami nakręcić sceny z Jackmanem i Winslet, a resztę zwabić nazwiskami tej dwójki. Klasyczny efekt kuli śniegowej, choć w tym wypadku może raczej „syndrom muchy lecącej do gówna”. Niektórzy, jak Colin Farrell czy Trey Parker i Matt Stone (a więc goście znający się na dobrym obrazoburczym humorze), wyplątali się jakoś z niewygodnego kontraktu. Najprostszą na to metodę znalazł George Clooney, który zwyczajnie powiedział producentom, żeby się od niego odpierdolili (użył dokładnie takiego sformułowania).

Jennifer Garner – „Elektra”

W 2003 roku aktorka była gwiazdą serialu „Agentka o stu twarzach”, jednak znalazła czas by wystąpić w średniawej adaptacji komiksu Daredevil, w której wcieliła się w rolę Elektry. Dwa lata później bohaterka dostała własny film, jednak Garner wcale nie garnęła się do wzięcia w nim udziału. Nie miała jednak zbyt wiele do gadania, bowiem w kontrakcie na „Daredevila” znalazła się klauzula zobowiązująca aktorkę do kontynuowania roli. Film zyskał jeszcze mniejsze uznanie krytyków i widzów (w tym wypadku liczone dolarami) niż „Daredevil”, więc Garner nie musiała martwić się ewentualną koniecznością zagrania w kolejnej części. Co prawda Jennifer nigdy nie powiedziała publicznie, że „Elektra” była do dupy, jednak jej przemyśleniami na temat filmu podzielił się ze światem ówczesny partner aktorki, Michael Vartan, co skończyło się dla niego przeistoczeniem w byłego partnera. Pozostali jednak partnerami serialowymi (Vartan też grał w „Agentce…”), więc na planie zapewne było niezręcznie, zwłaszcza że Garner szybko poszła w tango z Benem Affleckiem, poznanym na planie „Daredevila”.

Edward Norton – „Włoska robota”

Przypadek Nortona jest o tyle ciekawy, że nie chodziło o słaby scenariusz. Aktor po prostu nie miał ochoty wypełniać umowy, która wisiała na nim od połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy to wystąpił w „Lęku pierwotnym”. Film okazał się sukcesem, a Norton za swoją rolę otrzymał nominację do Oscara, co otworzyło mu drzwi do wielkiej kariery. Naturalną rzeczą były propozycje spływające z wszystkich wielkich wytwórni. Podpisany przy okazji „Lęku pierwotnego” kontrakt z Paramount Pictures zakładał, że aktor zagra w jeszcze dwóch filmach wytwórni, jednak nie precyzował czasu, w jakim ma to nastąpić. Lata mijały, Norton stawał się coraz większą gwiazdą, ale kontrakt, choć udało się go renegocjować (studio zgodziło się na jeden film), w końcu musiał zostać wypełniony. Padło na remake brytyjskiego kryminału z 1969 roku. Aktor jednak ani myślał brać w nim udziału, co z oczywiście rozzłościło producentów. Studio zagroziło Nortonowi procesem, nakłaniając go tym samym do zmiany planów. Film okazał się całkiem udany, lecz Edek i tak miał to gdzieś, nie uczestnicząc w jego promocji.

Natalie Portman – „Thor: Mroczny świat”

Podpisanie kontraktu z Marvelem właściwie zawsze oznacza jedno – nie planuj niczego na kilka następnych lat, bo i tak nie będziesz mieć czasu. O konieczności zagrania w kilku kolejnych filmach o superbohaterach wiedziała też Natalie Portman, godząc się na występ w pierwszym „Thorze”, ale akurat miała dobry powód by próbować wymigać się od występu w sequelu. Była nim ciąża, która częściowo pokrywała się z okresem zdjęciowym filmu. Aktorka chciała w spokoju urodzić, a potem zająć się dzieckiem, ale nieugięci producenci nie dali się przekonać. W dodatku odsunęli od filmu Patty Jenkins, którą na stanowisko reżysera rekomendowała sama Portman. Mimo wszystko Natalie zaprzecza, pogłoskom o tym, że nie chciała w filmie wystąpić.

Keanu Reeves – „Obserwator”

Kolejnym sposobem na to by dać się wmanewrować w udział w filmie jest otoczenie się niewłaściwymi ludźmi. To właśnie spotkało Keanu Reevesa, który wyruszając w trasę koncertową ze swoim zespołem Dogstar, zabrał ze sobą niejakiego Joe Charbanica. Jego zadaniem było filmowanie występów grupy, ale okazało się, że facet ma też inny talent – podrabianie podpisów. W ten sposób nazwisko Reevesa znalazło się pod kontraktem na rolę w reżyserowanym przez Charbanica thrillerze „Obserwator”. Aktor zamiast wytoczyć fałszerzowi proces, zapewne długi i kosztowny, postanowił wziąć udział w produkcji. W promocji filmu udziału już nie brał, a wspomniany kontrakt przez kolejny rok zabraniał mu ujawniać szczegółów dotyczących tego, w jaki sposób w ogóle znalazł się w obsadzie. Po upłynięciu tego okresu Keanu otwarcie przyznał, że scenariusz nigdy nie wydał mu się interesujący.

Mike Myers – „Kot” (a właściwie: cokolwiek zaoferowane przez Universal)

Zupełnie inne podejście do procesów sądowych miał z kolei Mike Myers. Krótko po zagraniu w komedii „Austin Powers i Złoty Członek”, wytwórnia Universal Studios chciała aby aktor wystąpił w filmie, którego bohaterem miała być jedna z postaci kreowanych przez Myersa w „Saturday Night Live”. Ten jednak po przeczytaniu scenariusza odmówił, wobec czego studio pozwało go o 3,8 mln dolarów odszkodowania. Komik nie pozostał dłużny i wystosował kontrpozew. Ostatecznie stanęło na tym, że Myers zagra w „Kocie” – ekranizacji książki dla dzieci autorstwa Theodora Seussa Geisela, znanego bardziej jako Dr. Seuss. Właśnie ze względu na autora Mike przestał stawać okoniem, ale film i tak nie okazał się sukcesem.

Whoopi Goldberg – „Theodore Rex”

Gdy po sukcesie „Zakonnicy w przebraniu 2” Whoopi Goldberg otrzymała propozycję zagrania w filmie o zmutowanych, gadających dinozaurach wiodących normalne życie wśród ludzi, początkowo nie miała nic przeciwko. Kontrakt ustny został zawarty, ale w ciągu dwóch lat aktorka zmądrzała na tyle, by zmienić zdanie. Jednakże mniej więcej w tym samym czasie dobiegł końca proces, który mało znana wytwórnia Main Line Pictures wytoczyła Kim Basinger za zerwanie kontraktu. Blondwłosa seksbomba przegrała i musiała wybulić ponad 8 milionów dolarów, co doprowadziło ja niemal do bankructwa. Goldberg wolała więc nie ryzykować starcia z dużo potężniejszym studiem New Line Cinema i pokornie zjawiła się na planie. Film okazał się takim gniotem, że producenci postanowili od razu wypuścić go na kasetach video, co uczyniło go wówczas najdroższą produkcją rynku VHS.

Val Kilmer – „Top Gun”

Kolejny przypadek, gdy aktor nie chciał mieć nic wspólnego z filmem, który wcale nie był porażką. Kilmer zagrał w nim dlatego, że podpisał z Paramount Pictures kontrakt na trzy filmy. Po rolach w „Ściśle tajne!” i „Prawdziwym geniuszu” przyszedł czas na produkcję nr 3, lecz aktor nie bardzo miał na to ochotę. Umówił się więc na spotkanie z reżyserem Tonym Scottem, aby wykręcić się z projektu. Po przedstawieniu swoich racji aktor miał już wychodzić, ale w tym momencie Scott ponownie wkroczył do akcji, blokując drzwi windy, w której znajdował się Kilmer. Ten w końcu odpuścił, przyjmując rolę, czego z pewnością nie żałuje, bo ile o dwóch wcześniejszych filmach mało kto już pamięta, o tyle „Top Gun” okazał się jednym z największych hitów lat osiemdziesiątych.

Marlon Brando – „Désirée”

Jeden z najlepszych aktorów w historii kina teoretycznie powinien móc przebierać w rolach jak w ulęgałkach, nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że w 1954 roku dopiero zaczynał budować swoją legendę. Owszem, trzy lata wcześniej zagrał w „Tramwaju zwanym pożądaniem”, zaś w międzyczasie wystąpił też w „Viva Zapata!”, „Juliuszu Cezarze” i „Na nabrzeżach”, jednak nie miał jeszcze takiej siły przebicia, by wyplątać się z niekorzystnego kontraktu, który obligował go do sportretowania Napoleona Bonaparte. Scenariusz wybitnie nie przypadł aktorowi do gustu, a on sam nie zamierzał też ułatwiać pracy ekipie filmowej. Uciekał się do tak „wyrafinowanych” metod, jak zapominanie swoich kwestii, przedrzeźnianie brytyjskiej wymowy, robienie bałaganu grając w piłkę między ujęciami czy też polewanie statystów wodą z węża strażackiego. Mimo takiego sabotażu film odniósł sukces, a dekoracje których Brando na szczęście nie udało się zniszczyć otrzymały nominacje do Oscara. Jak przyznała partnerująca mu na planie Jean Simmons, krnąbrny aktor był tym wszystkim mocno zdumiony.

Oryginalny tekst: http://www.looper.com/3253/actors-forced-take-roles-hated/
A teraz podziel się, nie bądź świnka!