Dni mijały bez ostrzeżenia. Każdy był identyczny i każdy kończył się końską dawką otępiających tabletek na noc, by pacjenci w nocy nie rozrabiali. Czasem jednak, gdy nie mógł zasnąć, słyszał zduszone krzyki i pojękiwania, co przywodziło mu na myśl nawiedzony przez duchy dom. W takich przypadkach personel na nocnej zmianie szybko reagował i wyciszał upierdliwego świra w skuteczny sposób, którego Łukasz wolał nie znać. Zdarzało się bowiem, że na chwilę przed ułagodzeniem następował donośny krzyk bólu i rozpaczy, który nie sugerował grzecznych próśb o zachowanie ciszy nocnej. Nieco grzeczniej kończyły się dudnienia w ścianę czy stłumione prośby o papierosa, bowiem po nich następowała najzwyczajniejsza cisza.

Łukasz zasypiał najczęściej bez problemu z powodu zmęczenia wymuszonego prochami. W pewnym sensie cieszyło go to, ponieważ jednym z powodów dla których sięgnął po narkotyki, były problemy ze snem. Po marihuanie czy psychotropach zasypiał jak dziecko. Jego problemy ze snem nie wynikały z dziedzicznej bezsenności, a raczej z poczucia beznadziejności, szarości i natłoku prawdziwych oraz wyimaginowanych problemów, które z łatwością spędzały mu sen z powiek. Niejednokrotnie przewracał się z boku na bok roztrząsając w głowie bezcelowość swojego istnienia, poczucie osamotnienia i niedopasowanie społeczne. Wiedział jednak, że jest zaledwie jednym z wielu, którzy mają identyczne myśli w jednym tylko budynku. I wszyscy naraz, gapiąc się w sufit, dołowali się szarością bytu. Bytu, który przecież w dawnych marzeniach miał wyglądać zupełnie inaczej. Bytu, który jest obecnie tylko nędzną wegetacją.

Nowe twarze przewijały się przez psychiatryk, jednak przytępiony umysł Łukasza uznawał, że żadna nie jest warta zapamiętania ani poznania. Czuł się jak w więzieniu, mimo że nigdy w nim nie był. Im był bliżej końca dwutygodniowej obserwacji, tym bardziej starał się nie wychylać, wtapiać w tłum, szarzeć jeszcze bardziej. Bywały chwile, że potrafił dumać długo o tym jaki jest dziś dzień i ile zostało mu do odsiadki. Gdy to przerastało jego możliwości, po prostu pytał, przez co czuł się uznawany za wariata.

– Nie martw się – powiedziała któregoś razu Marta. Gdzieś w nieokreślonej przestrzeni w środku tygodnia. – Pacjenci dzielą się na tych, którzy nie mają pojęcia jak długo tu są… i na takich, którzy odliczają dni, godziny i minuty do wyjścia. Widocznie należysz do tych pierwszych.

– Wcale mnie to nie pociesza – odparł ponuro Łukasz. – Straciłem całkowicie poczucie czasu.

– Hej, jeszcze w depresję mi tu popadniesz. Jutro jest sobota i robimy wypad do parku. Zawsze to jakieś pocieszenie.

Łukasz wątpił czy chce łazić po parku z innymi wariatami. W rządku, jak mali harcerze.

„Jeszcze mnie ktoś zobaczy. W końcu nie mieszkam tak daleko…”

Przez moment wspomnienie domu wywołało u niego falę ciepła w okolicach serca. Szybko jednak wyparowało z powodu lawiny przykrych myśli i wspomnień. Piękno słowa „dom” zostało zniszczone dawno temu.

– Powiedz mi… – zaczęła Marta w swoim charakterystycznym stylu, gdy chciała zadać jakieś absolutnie abstrakcyjne pytanie. – Czy jakbyśmy byli ostatnimi ludźmi na Ziemii, to przedłużyłbyś ze mną gatunek? – Jej twarz była zupełnie nijaka, ale błyszczące oczy wyrażały intensywne zainteresowanie.

– Skąd to pytanie? – Zmarszczył czoło. Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że Marta była ostatnią osobą, która mogła wyjaśnić co się dzieje w jej głowie.

– No, odpowiedz – ponagliła.

– No tak, pewnie tak. Przecież bylibyśmy ostatni. Może i w byciu ostatnim człowiekiem na Ziemii jest wiele romantyzmu, ale sądzę, że warto by było być praojcem wszystkich kolejnych pokoleń. Jak… jak Adam i Ewa. Poza tym… – urwał i opuścił wzrok. Mówienie komplementów zawsze było dla niego czymś trudnym i abstrakcyjnym. Lecz teraz sytuacja się aż o niego prosiła. – Nie jesteś brzydką dziewczyną, żebym miał nie chcieć.

– Lecisz na wygląd? – zapytała natychmiast.

– Nie, nie o to mi chodziło. – Zmieszał się całkowicie, nie spodziewając się takich pokrętnych wniosków. – Rozgarnięta też jesteś. No i w ogóle.

Łukasz Rejewicz zalał się rumieńcem. Marta w tym czasie zmrużyła oczy i świdrowała go wzrokiem.

– Wiedziałam, że będziesz patrzył na to przez pryzmat seksu. – Wzruszyła ramionami. – Ludzie dziwnie na to patrzą. Od razu myślą o samym fakcie odbycia stosunku, a nie o przedłużeniu gatunku. Po cholerę przedłużać gatunek w takim wypadku, skoro nasze wnuki miałyby masę wad genetycznych? No wiesz, nasze dzieci musiałyby się rżnąć razem, to chore.

Łukasz stał jak wryty i był absolutnie zgaszony. Czuł, że są jak dwa rozstrojone radia, które szukają utraconej wspólnej częstotliwości.

Spacer po parku nadszedł szybciej niż przypuszczał, jakby za pomocą kilku mrugnięć przeniósł się w miejsce pełne zieleni. Leki dawały o sobie znać, wymazując z pamięci wszystkie nie warte uwagi wydarzenia. Próbował sobie przypomnieć co jadł wczoraj na kolację, jednak wspomnienie było tak niewyraźne, że widział w nim jedynie rozmazany talerz i kubek z jakimś sokiem. Być może to wspomnienie nie było nawet z wczoraj, a z kilku dni wcześniej.

Szedł w kilkunastoosobowej grupie chorych psychicznie z wbitym w chodnik wzrokiem. Mijały go drzewa, ścieżki skręcały, rozmowy wybuchały intensywnością. A on parł przed siebie nie myśląc o niczym. Trzymał się z tyłu wraz z doktorem Wilnerem, który również spacerował w milczeniu z rękami założonymi do tyłu. Gdzieś z przodu rozpoznawał głos Marty plotkującej z pewną zaprzyjaźnioną anorektyczką. Imienia jej nawet nie pamiętał, podobnie jak większości osób, z którymi na co dzień przebywał. Jego krótkie, urywane myśli brnęły do próby wyjaśnienia swojej sytuacji, lecz otępienie powodowało, że próba rozwinięcia każdej refleksji przywodziła mu na myśl przebijanie się przez sięgający do pasa szlam. Przerywał je dyskretnie, nie szukając zakończenia i tępo rozglądał się dookoła siebie w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Po chwili dziwił się sam sobie, że jego pierwotny instynkt przetrwania działa nawet w takich okolicznościach, a on, jak słysząca szmer sarna, natęża zmysły i szuka.

Szukał. Sam nie wiedział czego.

Bał się. Sam nie wiedział czego.

– Co robisz? – zagadnęła znienacka Marta. Nie zauważył jak zwolniła krok i zaczęła iść tuż koło niego.

– Idę przecież.

– Pytam się co robisz w swojej głowie. Znowu coś psujesz pewnie. – Uśmiechnęła się życzliwie i przelała na niego odrobinę swojej wesołości. Poczuł się lepiej.

– Nic ciekawego. Zamulam. Jakiś taki gówniany ostatnio jestem.

– Musisz pogadać z psychiatrą w takim razie, żeby ci zmienił leki. Też tak kiedyś miałam, ale dzięki bogu zaczęli mnie szprycować czyś innym.

– Ciekaw jestem, w takim razie, jaka jesteś na trzeźwo – powiedział z nieco wymuszonym uśmiechem i skinął do niej porozumiewawczo.

– Na trzeźwo już pewnie dawno wydrapałabym ci oczy.

Miał nadzieję, że żartuje, jednak ciężko było odczytać to z jej twarzy. Jedynie jej śmiejące się oczy sprawiły, że zaraz po dziwnym niepokoju nadeszła ulga.

– Słuchaj no – kontynuowała. – Natalia mówi, że jesteś całkiem słodki. Chcesz ją poznać?

– Jaka Natalia? – zaskrzeczał absolutnie zbity z tropu.

– No tamta. – Wykonała komiczne skinienie skierowane na początek grupki wariatów. – Ta, co nie jada za dużo.

– Anorektyczka?

– Gratulacje Szerloku. No a kto inny? – Chwyciła go za nadgarstek i zaczęła przeć do przodu. – Chodź, poznacie się.

– Czekaj, to nie jest dobry pomysł. – Łukasz starał się przystopować, ale Marta okazała się wyjątkowo silna. – To nic nie da. Nic z tego nie będzie. Tak się nie robi – panikował.

Marta stanęła w miejscu i spojrzała na niego z wyrzutem.

– Dlaczego? – zapytała w swoim dziecięcym ciekawskim tonie.

– Podejrzewam, że ona by tego nie chciała. Na pewno jest bardzo wstydliwa i to by był dla niej ogromny dyskomfort. Poza tym nie jest w moim typie.

– Buc z ciebie. Lecisz tylko na wygląd i nawet jej nie dałeś szansy. Faceci to dupki.

– To nie o to chodzi. Wiesz co to przeczucie? Powinnaś wiedzieć. Wy, kobiety, lubicie się szczycić swoją przysłowiową intuicją. Więc przeczuwam, że to tylko byłaby trauma dla nas oboje. – Chciał jej jak najlepiej wytłumaczyć sytuację, jednak stres przed tym, że Marta wybuchnie plątał mu język.

– Męskie przeczucia są do dupy. Nie chcesz to nie. Twoja strata. – odfuknęła i zmierzyła go z ogromnym wyrzutem. Podręcznikowy kobiecy foch. Łukasz westchnął bezradnie. Miał wrażenie, że gdyby w pobliżu były jakieś drzwi, to by nimi trzasnęła.

– Możemy wrócić do naszej rozmowy o rzeczywistości? Mieliśmy ją dokończyć kiedyś.

– Obojętnie. Jak sobie chcesz.

Marta wyglądała na obrażoną, jednak nie przestała iść równo z nim. Nawet się też nie odsunęła. Zaśmiał się w duchu z teatralności jej focha.

– Widzę, że masz problem z wyborem do której rzeczywistości chcesz przynależeć – kontynuowała zmieniając ton na coraz bardziej przyjazny i ciekawski.

– Wydaje mi się, że ten narzucony nam świat jest tylko jednym z wielu – zaczął Łukasz, wyraźnie wyciszając głos. – Istnieje jakaś możliwość by łączyć się z innymi. Nie wiem tylko, czy polega to na odblokowywaniu jakiejś części swojego mózgu, który ma tam dostęp, czy przeskakiwaniu pomiędzy rzeczywistościami, porzucając poprzednią.

– Ja jebie, z tobą chyba faktycznie jest coś nie tak – powiedziała Marta z lekkim zniesmaczeniem.

– Ale przecież sama mówiłaś, że ta rzeczywistość to może być tylko dekoracja!

– No dobra, ale to było tylko takie filozoficzne gadanie. Pierdu-pierdu.

Łukasz na ułamek sekundy ją znienawidził.

– Ty wyglądasz, jakbyś naprawdę w to wierzył – kontynuowała. – Dobrze ci radzę, porozmawiaj o tym z psychiatrą i niech ci zmieni leki.

Nie spodziewał się aż takiego braku zrozumienia. Ze strony reszty świata owszem, ale nie od niej. Czy w takim razie to, co obmyślał i analizował przez cały czas było tylko zwykłą ideą dla Marty, która jedynie napomknęła o takiej możliwości, wcale w nią nie wierząc? Czy jego poszukiwanie wniosków było bezcelowe i powinien powrócić swój stan konfuzji? Doszukiwanie prawdy było teraz dla niego trudniejsze niż kiedykolwiek. Lekarz miał rację, to Wilner bredzi – podpowiadała racjonalność. Wilner mówi prawdę, Lekarz tylko wymyśla – podpowiadało coś. Coś, nie będące emocjami czy rozumem. Płynęło jakby skądś wyżej, niejako narzucone. Coś czego nie można ostudzić jakimikolwiek wyjaśnieniami. Przekonanie. I chociaż przekonania opierają się zwykle na emocjach lub faktach, tym razem pochodzenie tegoż przekonania miało inne źródła.

Starał się jeszcze trzymać rzeczywistości, choćby ostatkami sił. Podróże myślowe, które odbywał, dla jednej osoby będące tripem narkotykowym, dla innej – doznaniem mistycznym. Postronna osoba nie nazwałaby tego mistyką, a prędzej wariactwem, jednak dla przeżywającego to napływające uczucie, to przekonanie – jest czymś niepojętym. Dlatego brak jakiegoś mądrego wytłumaczenia, jakie chociażby stanowić mogły badania jego głowy, prowadzi do poszukiwania innej wersji, w którą całkowicie chciałoby się zacząć wierzyć.

Niekontrolowane przecieki z synaps wylewały wyrazy. Łukasz zaczął słabnąć i delikatnie zwolnił kroku. Obraz blaknął i rozmywał się jak widok za oknem podczas deszczu.

Nogi mu się ugięły, a stopy zapadły w popękany szary chodnik, tak jakby ten był betonową poduchą. Unosił kolana coraz wyżej by z wgłębienia nadepnąć, jak na stopień, kilkanaście centymetrów wyżej. A potem znów się zapadał. Brodził jak w bagnie.

Przez przypadek potknął się o mały kamyk i instynkt utrzymania równowagi rozproszył jego intelektualną rozpustę.

Marta spojrzała na niego jak na bezradne, biedne zwierzątko.

– Już sam nie wiem… – ciągnął jak gdyby nigdy nic, przyzwyczajony do chwilowych zamroczeń.

– Mówiłeś, że wszystko jest wytworem umysłu, który niektóre losowe bodźce próbuje złożyć automatycznie w racjonalną całość.

– Tak, ale nie można wykluczać też tej drugiej opcji.

– Faktycznie istniejącej innej rzeczywistości, czy czegoś tam? Poza obecnym światem?

– Tak. – Kiwnął głową.

– Dlaczego w innej rzeczywistości mieliby być też ludzie, którzy niby ci się objawiają? Jeżeli miałaby być inna rzeczywistość, to na pewno absolutnie odmienna od tej naszej.

– Może tylko mój umysł interpretuje pewne sygnały jako ludzi, ponieważ to jest mu najbliższe i nie obce.

– Teraz to już przesadzasz. Nie komplikuj sobie widzenia świata niepotrzebnie. Zwariujesz jeszcze bardziej. – Marta poklepała go przyjacielsko po ramieniu. – Uwierz mi, wiem co mówię.

Przyśpieszyła i zniknęła z pola widzenia jego opuszczonego wzroku. Przez pewien czas podążał na ślepo, obserwując jedynie parę szurających butów z przodu. Nie wiedział nawet do kogo należą, jednakże ufał im na tyle, że obierał ten sam kierunek. Wierzył, że idą tam gdzie reszta grupy.

Niewiele później poczuł czyjąś obecność. Zgarbiony i wysoki chudzielec szturchnął go ramieniem porozumiewawczo. Podobny gest wykonywali dilerzy, którzy chcieli sprzedać obcemu trochę towaru. Gdy Łukasz podniósł wzrok ujrzał wysuszoną mumię, która mogła mieć zarówno 20 lat, jak i 2000. Chłopak miał podkrążone sine oczy, jakby w życiu nie zaznał snu, zapadnięte policzki i zniszczone zęby. Jego cera składała się z bruzd, zmarszczek i wyprysków. Ludzi w lepszym stanie spotykało się w egipskich grobowcach. Jednak jego oczy, nad wyraz żywe, biegały po otoczeniu, przez co chłopak wyglądał jakby każdy jego dzień był wielką przygodą. Charakterystyczne dla jego wzroku było to, że nie skupiał się na żadnym rzeczywistym obiekcie. Źrenice delikatnie wędrowały po niewidocznej przestrzeni tak, jakby śniącemu unieść nagle powieki.

„Czasem ta poszukiwana głębia w ludziach okazuje się być krainą popierdolenia.”

– Ej, ty – zaczepił Łukasza.

– No?

– Powinniśmy stąd uciekać, stary. – Jego gałki prawie wypadały z oczodołów.

– Jak to? Gdzie ty chcesz zwiewać? Dobrze się czujesz? To nie więzienie.

– Stary, mówię ci – zacisnął mocno zęby i wyglądał, jakby toczył wewnętrzną walkę by z powrotem rozewrzeć szczękę. – Ty też nie wiesz gdzie jesteś. Ale ja wiem. Nie chcę tam wracać.

– Gdzie niby jestem?

– Ten szpital. Wiesz co to za miejsce? Ja ci powiem. To nie prawdziwy szpital, tylko miejsce gdzie wojsko przeprowadza eksperymenty na ludziach. – Chłopak sam sobie pokiwał twierdząco głową. – Jeśli chcesz żyć, to trzeba stąd wiać. Jeśli nie chcesz, to chociaż mi pomóż i zagadaj tego pielęgniarza z tyłu. Odwróć jego uwagę.

– Zaraz, zaraz. Co ty mi tu za bajki wciskasz? Dobrze się czujesz? Jakie znowu eksperymenty na ludziach?

Rosły pielęgniarz przydreptał spokojnie do nich i złapał chłopaka pod ramię.

– Miałeś iść koło mnie – rzekł przyjacielsko, lecz jednocześnie rozkazująco. Było w tym coś z przesadniej sztuczności, byle tylko nie wzbudzić podejrzeń.

– Porozmawiać sobie tylko chciałem.

– To sobie porozmawiacie po powrocie. Wiem, że coś kombinujesz. Idziemy na tyły.

Pielęgniarz szarpnął go lekko, jak szarpie się psa na smyczy, na znak, że pora wracać do pana. Wymienili jeszcze kilka zdań, jednak Łukasz nie zdołał wyłapać treści żadnego z nich. Dziewczyny z przodu wybuchły gromkim, trejkoczącym śmiechem. Pech.

Ciekawiło go co siedziało w paranoicznej głowie chłopaka, lecz z drugiej strony poczuł ulgę, że tamten nie przeleje na niego swoich chorych konkluzji. Rejewicz będzie miał o jedno zmartwienie mniej. Zdawał sobie sprawę, że jego obecny stan przypomina nieco małe dziecko, które nie znając w ogóle otaczającego świata, łyknie każdy wciśnięty mu kit.

Ostatnie pół godziny spaceru Łukasz spędził na przemyśleniach, układaniu faktów, myśli, obrazów. Był pewien, że już nic nowego od nikogo się nie dowie. Wszystko musiało się skonkludować w jego czaszce.

Jak tylko wszedł z powrotem do szpitala, na korytarzu zaczepił go Wilner. Wyglądał wyjątkowo blado i ponuro.

– Łukasz, niedługo mnie tu nie będzie. – Ścisnął go za ramię.

– Co się stało?

– Nic. Muszę wyjechać.

– Tak bez powodu? – Łukasz odparł jeszcze bardziej zdziwiony.

– Tak. Właśnie tak. Trzymaj się. Mówię teraz, jakbym cię później nie mógł złapać. – Poklepał go po ściśniętym ramieniu i wymienili uścisk dłoni. – Do zobaczenia.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!