Wracał do domu modląc się, by i tym razem nie musiał nawiązywać kontaktu z matką. Na nieszczęście jego psychiki robił tak za każdym razem, gdy się zbliżał do domu. Marzył o zerowej interakcji. Ojca jeszcze potrafił znieść, pomimo że był alkoholikiem. Nienawidził go, jednak w pełni rozumiał. Odziedziczył po nim wiele cech. Między innymi pociąg do odmiennych stanów świadomości i ciągłą irytację najmniejszymi nic nieznaczącymi szczegółami. Łukasz jednak potrafił ukrywać swoje uczucia. Robił to w pełni świadomie i kontrolował w stu procentach. Traktował to jako dar, czuł się z tym lepszy od innych. To chyba jedyna cecha charakteru, jaką nabył w trakcie życia. Z pozostałymi ząb w ząb przypominał swojego ojca. „Wykapany tatuś”. Wkurwiało go to niemiłosiernie, gdy na zjazdach rodzinnych podpite ciotki przyrównywały go do tego nieudacznika, który niestety jest jego ojcem. Potrafił wysiedzieć, pouśmiechać się durnie do jazgoczących starych dewot i przyjąć ten niby-komplement z pokorą. Niestety, nikt nie zauważał problemów jego rodziny. Dla osób trzecich była to zawsze ta sama, uśmiechnięta i kochająca się familia, która idealnie wypracowała pozory dobrego domu. Chciałby, żeby od wewnątrz też tak sytuacja wyglądała. Marzenia.

Ocknął się na klatce schodowej z sennych przemyśleń paranoika, gdy to pies sąsiadki niemal lejąc pod siebie szczekał i piszczał z radości, że w końcu wyjdzie się wysrać na dwór. Nie powiedział „dzień dobry”, miał to gdzieś. I tak nigdy by nie odnalazł jakiegokolwiek wspólnego tematu z tą starą jędzą, która puka w sufit, gdy tylko odkurzacz się włączy. A „dzień dobry” byłoby idealnym rozpoczęciem rozmowy. O pogodzie, o polityce, o gównie.

Wszedł czym prędzej do windy i nacisnął guzik swojego piętra. Droga na piąte trwała trochę, więc dla zabicia czasu zawsze czytał nowe pseudo-graffitti i idiotyczne podpisy markerem na ścianach windy. Niestety, instrukcje obsługi dźwigu znał na pamięć.

Odczekał chwilę, przeczesał dłonią krótkie szpakowe włosy, po to by pogrążyć je w jeszcze większym chaosie, a następnie wszedł najciszej jak mógł do środka mieszkania. Nie chciał gadać z matką. Nie chciał nawet na nią patrzeć, jednak musiał zostawić zakupy w kuchni. Tuż przed jej nosem, żeby widziała jak jej uczynny synek przynosi jej żarcie i paczkę fajek, którą będzie truła się przez resztę dnia. Synuś kupuje papieroski dla mamusi. To zupełnie tak, jakby życzył jej śmierci.

Nie rozumiał nałogu tytoniowego. Jak można być niewolnikiem zasuszonych i zmielonych liści owiniętych w papierek z kawałkiem gąbki na końcu? To niedorzeczne. Człowiek jest istotą poniekąd inteligentną i pomimo tego, daje się owładnąć bezmózgiej roślinie. Niedorzeczne i żałosne.

Bez słowa wrócił do swojego pokoju. Miał dosyć wszystkiego. Miał dosyć tej rzeczywistości. Niestety podkradanie pieniędzy z portfeli rodziców dla Can-D skończyło się dwa lata temu, gdy ojca zwolnili dyscyplinarnie z pracy w firmie przewozowej.

Pił.

Od tamtego czasu liczyli każdą złotówkę. Sam więc musiał dbać o swoje fundusze. Czasami na weekendy przychodził do pobliskiej myjni, gdzie służył za dodatkową parę rąk. Dało się zarobić na piwo i trochę odlotu.

Siedział z tępym spojrzeniem zniszczonego życiem człowieka, który jakby przed chwilą zauważył, że dalsza egzystencja nie ma sensu. Będzie w tym gównie siedział na zawsze. Nienawidził takich stanów, miał wtedy ochotę z kimś porozmawiać. Nienawidził rozmawiać.

Kilka lat temu, gdy rodzice jeszcze się nim interesowali, próbowali leczyć Łukasza u psychologa. Niestety, to nie on miał nasrane w głowie.

Pokój – przypominające celę więzienną pomieszczenie, tyle że bez krat w oknach. Rozklekotana wersalka na prawo od drzwi, którą nazywał pieszczotliwie łóżkiem pamiętała jeszcze czasy Stalina. Obok niewiele młodsze biurko, z którego praktycznie nie korzystał, teraz zaśmiecone papierami i notatkami z okresu, gdy posiadał jeszcze jakiekolwiek ambicje do nauki. Czasem, w specyficzne ponure dni biurko stojące pod oknem oświetlała magiczna poświata słonecznego blasku. Dziś też tak było. Promienie słońca przebijały się przez zżółkłe firanki i padały na zakurzony stos papierów. Tak, jak gdyby bóg dawał Łukaszowi znak, by powrócił do pisania prac i chodzenia na wykłady. Jedynie to mogło mu niemal zagwarantować ucieczkę od patologii i ciągłego przygnębienia. Bo cuda się nie zdarzają. I bóg o tym dobrze wiedział…

Chciał się wyrwać. Nie w formie narkotycznej, lecz uciec na stałe. W nowy, lepszy świat. A samobójstwo nie wchodziło w grę…

Zastój panujący w pokoju przypominał grobowiec, w którym jedynie drobnoustroje w pyłkach kurzu dają oznaki życia i szybują przez martwą i nieruchomą pustkę. Pomieszczenie wydawało się być wyjęte z czasu. Pozbawione jakichkolwiek dźwięków i ruchów. Blade światło wpadające przez brudne okno wywoływało wrażenie ogromnej odmienności, zupełnie jak zdjęcie zrobione starym aparatem, gdzie dominują odcienie żółci i czerwieni. Jak czyjeś wspomnienie zachowane błyskiem flesza.

Siedział na wersalce podpierając głowę i tępo spoglądając w dywan. W tym ogłupionym spojrzeniu dawało się dostrzec ogromną burzę myśli przebiegającą wewnątrz skażonego rzeczywistością umysłu. Nie dało się przewidzieć co aktualnie mu chodziło po głowie. Przeważnie miał tysiące różnych myśli na sekundę, a ślady skupienia na jego twarzy oznaczały dwa razy tyle.

– Muszę się stąd wyrwać – powtarzał sam do siebie. Nie był pewien czy na głos, czy tylko w myślach. Nie obchodziło go to. Teraz najważniejszy był plan.

Na jego nieszczęście taki stan był niemalże rytuałem, ceremonią charakterystyczną dla następnego dnia od zażycia Can-D. Za każdym razem po wspaniałej podróży narkotykowej zderzenie z rzeczywistością powodowało napływ pesymistycznych myśli i przygnębienia. Obrządek obmyślania planu ucieczki od taplania się w codziennym gównie miał dobrze opracowany. Był to dla Łukasza niemal tik nerwowy. Siadanie na wersalce, zawsze w tym samym miejscu i gapienie się zawsze w ten sam punkt na mozaice wzorów na dywanie. W białe z kremową otoczką kółko, które tworzyło symetryczny fraktal. Zupełnie jak w kalejdoskopie. Tutaj nieco jednak wyblakły i przetarty.

– Muszę się stąd wyrwać, muszę się stąd wyrwać… – zacisnął dłonie na rozmierzwionych włosach.

Kilka lat temu, gdy rodzice jeszcze się nim interesowali, próbowali leczyć Łukasza u psychologa. Niestety, to nie on miał nasrane w głowie. Stary alkoholik, stara chora psychicznie. I oni mieli czelność mu uświadamiać, że to on ma ze sobą problem.

– Muszę się stąd…

Kilka lat temu, gdy rodzice…

A teraz podziel się, nie bądź świnka!