Jestem pewien, że wielu z nas korzysta z dobrodziejstw komunikacji miejskiej i dociera do punktu docelowego tramwajami, trolejbusami oraz ognistymi Solarisami. Jestem również pewien, że niemal wszyscy mieli dzień, gdy wsiadali rozpromienieni i pełni życia, a wysiadali wściekli, potargani i spoceni.

Zarządy Transportu Miejskiego raczą nas wieloma sytuacjami losowymi, których po prostu nie da się uniknąć. Spóźniające się albo śpieszące tramwaje to pikuś w porównaniu do tego, co potrafią zaserwować nam współpasażerowie. I pomimo że biegliśmy sprintem na tramwaj, który miał się pojawić na przystanku dopiero za trzy minuty, to trzeba sobie uzmysłowić, że nasza przygoda znaczona krwią i potem dopiero się zaczyna. A w środku…

Dziecko mroku – siada przed tobą lub koło ciebie, lub chociażby w zasięgu twojego wzroku. Oczywiście jeżeli masz to szczęście i znalazłeś miejsce siedzące. Pogrążasz się w nostalgii i refleksji patrząc w krajobraz za oknem, lub też czytasz kolejną interesującą książkę… Aż tu nagle czujesz na sobie wzrok. Odwracasz głowę i widzisz go. Dzieciak. Gapi się na ciebie przenikliwie i masz wrażenie, że jest w stanie odczytać twoje myśli. Analizuje każdy twój ruch, każdy twój grymas, wliczając w to twój ubiór, wygląd i życiorys. Starasz się zachowywać jak najbardziej niepozornie jak to tylko możliwe, ale dzieciak nie odpuszcza. Ciekawisz go. A on cię chłonie i wysysa twoją duszę, praktycznie nie mrugając. Pięć minut później wysiada wraz z matką, pozostawiając cię przerażonego z jednym pytaniem łomoczącym w głowie – co jest ze mną nie tak?

Dzieciak krzyku – siada przed tobą lub koło ciebie, lub chociażby w zasięgu twojego słuchu. I wydziera papę tak, że czujesz jakby ktoś ci jeździł po mózgu zardzewiałym gwoździem. Karcące spojrzenia pozostałych osób tylko go mobilizują, bo wie, że w końcu znalazł się w centrum uwagi. I wtedy jeszcze głośniej drze papę. „A co to jest? A czemu? A po co? Mamo, długo jeszcze? A kupisz mi zabawkę?”. Najczęściej jest to plejada pytań połączona z mądrowaniem się i płaczem. Masz ochotę go zabić. Tak, zabić. W dupę z prawami człowieka i w dupę z tymi, co twierdzą, że dzieci są kochane. Gdybyś miał siekierę w ręce, to ZTM miałby dużo sprzątania. A tak tylko siedzisz i łkasz, karmiąc się nadzieją, że kiedyś otrzymasz tytuł Najspokojniejszego Człowieka Roku.

DJ bez słuchawek – najczęściej pojawia się z niunią lub ziomkami. Odpala jakiś uliczny rap o gangsterskim życiu i jebaniu policji, lub co gorsza, jakąś eskową pierdziawkę, która brzmi jak sztućce wrzucone do wirującej pralki. Zazwyczaj stają przy kasowniku, dając wszystkim złudną nadzieję, że przejadą tylko jeden przystanek, a następnie kwiczą co chwila jak warchlaki z prostackich żartów oraz z opowieści o swoich spontanach, zajawkach i akcjach. Co jakiś czas rozglądają się czy nie wsiadają kanary i co jakiś czas wyskoczą z tekstem „na chuj się patrzysz” do każdego, kto śmie spojrzeć w ich kierunku. Gdy są pijani, zrobią to, nawet gdy ktoś się patrzy w okno lub w podłogę.

Pan trzysta baniek – zazwyczaj w mokasynach i zbyt małym garniaku, który zapewne pamięta jeszcze jego bal gimnazjalny. Wsiada zawsze podczas rozmowy przez telefon i nie przerywa jej przez całą drogę, nawet gdy pojazd wjeżdża się do tunelu, gdzie znika zasięg, lub gdy szumi w nim tak głośno, że gość musi drzeć ryja do słuchawki. Dzięki niemu wszyscy pasażerowie dowiadują się, że zarabia w tydzień trzy tysiaki na rękę i dla niego to nadal mało, bo będzie z frajerami negocjował. Ponadto, właśnie zakłada własną firmę, leci do Stanów, kupuje ciuchy na eBay’u i ma kilka dup na oku, które piszczą, gdy tylko na nie spojrzy. Szydzi i kpi ze wszystkiego, bo on jest najlepszy i każdego robi w wała na kasę. A twoje serce płacze, bo wiesz, że jedynym ratunkiem dla tej istoty jest śmierć. Bolesna.

Janek the Homeless – zawsze bez biletu, zawsze pijany i zawsze śmierdzący. Nawet gdy siada na końcu pojazdu, to i tak jego aromat zabija wszystkie mikroorganizmy w promieniu kilometra, a twój nos do końca dnia ma wrażenie, jakby pływał w szambie. Efekt zapachowy kumuluje się, gdy jest ciepło, jednakże zimą tych osobników pojawia się więcej, jako że lubią podgrzewać swoją gangrenę przy kaloryferku. Czasem przyjedzie po takiego policja, która brzydzi się go nawet pałką szturchnąć. Jedyne co mogą zrobić to podstawić zastępczy pojazd, a obecny obkleić taśmą z napisem „kwarantanna”.

Święta krowa – czyli każdy szary człowiek, któremu w życiu trafiło się być mniej ogarniętym społecznie niż przeciętnemu szympansowi. Zastawia ci drogę sobą lub swoimi bagażami, a gdy ruszasz się w kierunku przejścia, nawet mu brew nie drgnie. Stoi i patrzy się tępym wzrokiem, a swoje jedyne kilka punktów ilorazu inteligencji spożytkuje na zadanie sobie pytania „dlaczego ten człowiek do mnie podszedł?”. I nawet gdy przeprosisz, to zastaniesz minę wskazującą, że szympans nie wie co się dzieje, a trybiki w jego czerepie są na skraju wydajności. Natomiast twój przystanek właśnie odjechał.

W obliczu tych wszystkich beznadziejnych przypadków nie pozostaje nam nic innego, jak ćwiczyć spokój ducha poprzez liczenie do dziesięciu. Można też zaopatrzyć się w samochód, ale trzeba liczyć się z tym, że pozbawi cię pieniędzy szybciej, niż pijacka impreza w klubie z kartą płatniczą w kieszeni. Ci odważniejsi mogą również odpowiednio zareagować i obiecuję, że będę im wysyłał przez 25 lat na święta pocztówkę z podziękowaniami do celi.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!