Dobry biznesmen wie, że nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka. Wiedzą to też producenci filmowi i choć w ostatnich latach z dokręcania kolejnych części kinowych hitów zrobili bardzo dochodowy biznes, to sequele wcale nie są domeną wyłącznie współczesnego, hollywoodzkiego kina.

Filmy coraz częściej przerzucają się numerkami lub podtytułami (w końcu kilka wyrazów więcej przy oryginalnym tytule wygląda lepiej niż „8” czy „14”), ale sequelowa historia zaczęła się już bardzo dawno temu, a kontynuacje zdarzają się produkcjom każdego gatunku i rodzaju. Oczywiście najczęściej tym, które cieszą się sporą popularnością.

Ograniczymy się jednak do filmów pełnometrażowych, gdyż składające się z nich serie robią po prostu większe wrażenie i wymagają dużo cięższej pracy na planie. Ot, choćby takie 14 części „Gangu Olsena” to zupełnie inny kaliber niż 160 kilkuminutowych kreskówek z Tomem i Jerrym, a wbrew temu co sądzą niektórzy, historia wiecznie tłukących się kota i myszy nie jest serialem, a serią filmów właśnie. Odpadają też wszelkie antologie, gdyż one, mimo odrębnych historii w każdym odcinku, są właśnie serialami. W końcu emitowane były w regularnych odstępach czasowych, a ich produkcja była podzielona na sezony. Filmy telewizyjne to z kolei inna bajka, dlatego zostały wzięte pod uwagę.

Najdłuższy okres jaki upłynął do powstania aktorskiego sequela, w którym aktor powtórzył swoją rolę

„Tron” (1982) i „Tron: Dziedzictwo” (2010) – 28 lat

W pierwszym filmie Jeff Bridges wcielił się w głównego bohatera – Kevina Flynna – oraz CLU, będącego antropomorficznym przedstawieniem programu komputerowego, stworzonym na podobieństwo Flynna. O ile z powtórzeniem pierwszej roli problemu nie było (w filmowej rzeczywistości minęło 25 lat), o tyle starzejący się CLU nie wchodził w grę. Posłużono się więc dublerem, na którego twarz nałożono komputerowo odmłodzoną facjatę Bridgesa. Rekord ten nie przetrwa jednak długo, ale o tym za chwilę.

Najdłuższa przerwa między dwiema częściami filmu kinowego

„Mad Max pod Kopułą Gromu” (1985) i „Mad Max Fury Road” (2015) – 30 lat

Chodzi tutaj o okres między filmami, podczas którego nie powstała żadna inna część serii. Do realizacji kolejnej części Mad Maxa przymierzano się od dawna, jednak lata mijały a zainteresowanie udziałem w filmie stracił Mel Gibson, odtwórca tytułowej roli w trzech poprzednich częściach. Gdy w końcu reżyser, scenarzysta i producent w jednej osobie – George Miller – oznajmił w 2003 roku, że ma gotowy scenariusz, w Iraku wybuchła wojna, przez co film z powodu swojej fabuły został uznany za wzbudzający niepotrzebne kontrowersje. Wygląda jednak na to, że w przyszłym roku Mad Max z twarzą Toma Hardy’ego wreszcie trafi na ekrany.

Najdłuższy okres między kinowymi premierami dwóch kolejnych części filmowej serii

„Gwiezdne wojny: Powrót Jedi” (1983) i „Gwiezdne Wojny: Epizod VII” (2015) – 32 lata

Co prawda między tymi dwiema produkcjami nakręcono jeszcze trzy inne filmy spod znaku najpopularniejszej kosmicznej sagi (sorry fani Star Treka, na pocieszenie zostaje wam więcej materiału filmowego), ale jeśli patrzeć na chronologię zdarzeń, to właśnie przyszłoroczna produkcja jest kontynuacją filmu z lat osiemdziesiątych. Pojawią się w niej aktorzy z oryginalnej trylogii, dzięki czemu pobiją pierwszy rekord z tego zestawienia. Harrison Ford, Mark Hamill i Carrie Fisher ponownie wcielą się w role, które odgrywali w „Powrocie Jedi”. Oprócz nich pojawią się też Peter Mayhew, Anthony Daniels i Kenny Baker, jednak oni pojawili się też w trylogii z lat 1999-2005, więc w ich przypadku o rekordowym osiągnięciu nie możemy mówić.

Najdłuższy okres jaki upłynął do powstania animowanego sequela filmu aktorskiego, w którym aktor powtórzył swoją rolę

„Zwariowany profesor” (1963) i „Zwariowany profesor” (2008) – 45 lat

Choć drugi film ma ten sam tytuł, nie jest to remake produkcji z 1963 roku. Głównym bohaterem sequela został wnuk tytułowego profesora z pierwszej części, ale senior także pojawia się w filmie. Jak w 1963 roku ciała, tak cztery i pół dekady później głosu użyczył mu Jerry Lewis, który w ostatnich latach sporadycznie pojawia się na ekranie. Nic dziwnego, wszak legendarny komik skończył już 88 lat. Lewis jest też producentem obu filmów, a także nakręconego w 1996 roku remake’u, czyli bardzo dobrze znanego „Grubego i chudszego” z Eddiem Murphym.

Najdłuższy okres jaki upłynął do powstania kinowego sequela filmu aktorskiego

„Czarnoksiężnik z Krainy Oz” (1939) i „Powrót do Krainy Oz” (1985) – 46 lat

Chociaż w międzyczasie powstało kilka filmów nawiązujących do dzieła z końca lat 30. (między innymi „The Wiz” z Michaelem Jacksonem, który wtedy jeszcze potrzebował charakteryzacji do roli Stracha na wróble), o żadnym nie można powiedzieć, że był jego kontynuacją. Niektóre serwisy filmowe podobnie traktują „Powrót do Krainy Oz”, jednak akcja filmu dzieje się kilka miesięcy po wydarzeniach z „Czarnoksiężnika…”, ponadto pojawiają się w nim te same postacie (oczywiście z innymi aktorami), a fani literackiego pierwowzoru uważają go nawet za lepszą adaptację nowel L. Franka Bauma. Odtwarzająca w nim rolę Dorotki Fairuza Balk też bardziej pasowała wiekiem (11 lat) do literackiego pierwowzoru niż szesnastoletnia (i całkiem cycata, przez co musiano ją „spłaszczać”) Judy Garland.

Najdłuższa przerwa między dwiema kolejnymi częściami filmowej serii

Perry Mason: „The Case of the Stuttering Bishop” (1937) i „Perry Mason Returns” (1985) – 48 lat

Odmiennie niż w przypadku „Gwiezdnych Wojen” i „Mad Maxa”, ta seria tylko w niewielkiej części wyświetlana była w kinach – jedynie pierwszych sześć filmów można było obejrzeć w ten sposób. Co prawda dwadzieścia lat po premierze ostatniego z nich w telewizji pojawił się liczący 271 odcinków serial, fabuła niektórych epizodów oparta była o dokładnie te same nowele co wspomniana szóstka, a grający w nim główną rolę Raymond Burr sportretował Masona w późniejszych filmach telewizyjnych, jednak można uznać, że produkcje nakręcone po 1985 roku są kontynuacją tych sprzed drugiej wojny światowej. Występuje tu ciągłość fabularna (główny bohater rezygnuje z pracy adwokata by zostać sędzią sądu apelacyjnego), a filmy te nie powielają wątków z pierwszych sześciu obrazów. W sumie powstało ich trzydzieści.

Najdłużej kręcona seria kinowych filmów fabularnych z regularnie ukazującymi się częściami

James Bond (1962- ) – przynajmniej 53 lata

Na przyszły rok zaplanowana jest dwudziesta czwarta odsłona przygód agenta 007. Daje to średnią jednego filmu na około 26 miesięcy, a więc całkiem przyzwoicie. W dodatku nic nie zapowiada spadku zainteresowania Bondem, zatem seria ma szansę pobicia jeszcze kilku rekordów. Jest też jedną z najbardziej dochodowych (ponad 6 miliardów dolarów), a mimo dużej liczby filmów trzyma równy poziom. Najczęściej ekranizowaną nowelą Iana Fleminga było „Casino Royale”, do którego pierwsze podejście miało miejsce już w 1954 roku. Był to trzeci odcinek telewizyjnej antologii „Climax” i rzecz jasna nie miał nic wspólnego z rozpoczętą dwanaście lat później serią.

Najdłuższy okres jaki upłynął do powstania telewizyjnego sequela filmu aktorskiego

„Przeminęło z wiatrem” (1939) i „Scarlett” (1994) – 55 lat

Na początek może drobne wyjaśnienie. Po pierwsze, mówimy tu o przypadku, gdy nakręcony został tylko jeden sequel, więc Perry Mason może spać spokojnie. Po drugie, na liście miało nie być seriali i tak naprawdę nie ma – „Scarlett” jest 4-częściowym miniserialem, a te należy traktować jak filmy telewizyjne. Opowiada on o losach Scarlett O’Hary po wydarzeniach przedstawionych w „Przeminęło z wiatrem”. Podobnie jak legendarny film, miniserial jest ekranizacją powieści, jednak autorką tej drugiej nie jest Margaret Mitchell, a Alexandra Ripley.

Między premierami książek minęło dokładnie tyle samo czasu, ile między ich adaptacjami, więc obie panie raczej nie miały okazji wymienić uwag co do kształtu kontynuacji (Mitchell zmarła , gdy Ripley miała 15 lat). O producentach filmów w tym kontekście nawet nie ma co wspominać, jednak kilkoro aktorów z „Przeminęło z wiatrem” doczekało premiery „Scarlett”. Niektórzy nadal żyją, ale nauczeni doświadczeniem z „Najstarszymi filmowcami”, nie wspomnimy ich z nazwisk, by nie wywoływać kostuchy.

Najdłuższy okres od pierwszej do ostatniej części serii liczącej więcej niż trzy filmy

„Åsa-Nisse” (1949) i „Åsa-Nisse – wälkom to Knohult” (2011) – 62 lata

Szwedzka seria komedii o leniwym farmerze doczekała się 21 filmów, z których najnowszy nakręcono 42 lata po poprzednim i tylko dlatego, że nie jest to remake, o rekordzie możemy w ogóle mówić. Sądząc po opisach poszczególnych części, fabuła serii to takie skrzyżowanie „Rancza” ze „Światem wg Kiepskich” (akcja dzieje się głównie na wsi, bohater jest podstarzałym bumelantem, a seria ma tylu fanów co przeciwników). Szwedzcy internauci ostrzegają jednak, że humor może być niezrozumiały dla obcokrajowców.

Najdłuższy okres jaki upłynął do powstania sequela filmu animowanego i jakiegokolwiek filmu w ogóle

„Bambi” (1942) i „Bambi 2” (2006) – 64 lata

Oczywiście najłatwiej jest nakręcić sequel filmu animowanego (aż pięć pierwszych w drugiej kategorii to kreskówki, pełnometrażowe rzecz jasna), jednak należy liczyć się z tym, że nie ma on szans na powtórzenie sukcesu pierwszej części. W dodatku „Bambi 2” to tzw. midquel, czyli film, którego akcja dzieje się w trakcie wydarzeń z pierwszej części. Mimo 64 lat, rekord wcale nie jest nie do pobicia – pierwsza animowana pełnometrażówka (argentyński „Apostoł”) powstała w 1917 roku i choć do dzisiejszego dnia nie zachowała się żadna kopia, to ewentualny sequel byłby jak najbardziej uprawniony do miana rekordzisty.

Przede wszystkim dlatego, że wiemy o istnieniu „Apostoła”. Inaczej sprawa ma się w przypadku ewentualnego absolutnego rekordu dla całej kinematografii. Najstarszym zachowanym filmem jest „Roundhay Garden Scene” z 1888 roku, ale można być niemal pewnym, że już wcześniej powstawały podobne, krótkie materiały, jednak tak jak „Roundhay…” pozbawione fabuły. Za pierwszy film fabularny w historii kina uważany jest nakręcony siedem lat później „Polewacz polany” (dużo zgrabniejszym tłumaczeniem tytułu jest „Oblany ogrodnik”), więc gdyby komuś przyszło do głowy jeszcze w tym roku nakręcić kontynuację, rekord wyniósłby „tylko i aż” 119 lat.

Najstarszy seuqel

„Upadek narodu” (1916) – 98 lat

Kontynuacja nakręconego rok wcześniej kontrowersyjnego filmu „Narodziny narodu”. Kontrowersje dotyczyły głównie tego, że w filmowej wizji Ku-Klux Klan to fajne, waleczne chłopaki, a murzyni odgrywani przez przemalowanych na czarno białych aktorów nie myślą o niczym innym jak o gwałceniu, jeśli w ogóle myślą. Jest to jednak jeden z ważniejszych filmów w historii kina (zwłaszcza technologicznie), a do premiery „Przeminęło z wiatrem” był też najbardziej dochodowym. „Upadek narodu”, choć podobał się publiczności poza Stanami Zjednoczonymi, wśród jankesów furory nie zrobił.

Fabuła opowiadała o podboju USA przez paneuropejską armię pod dowództwem Niemiec, która dokonuje rzezi amerykańskich obywateli. Produkcja miała charakter antypacyfistyczny i sugerowała, że jedyną dobrą metodą walki z przemocą jest sama przemoc. Reżyserem i autorem scenariusza na podstawie własnej powieści był Thomas Dixon Jr., który napisał również książkę, na podstawi której nakręcono „Narodziny narodu”. O tym, czy lepszy z niego pisarz niż filmowiec niestety nie można się już przekonać, ponieważ wszystkie kopie jego filmowego dzieła zaginęły.

Najwięcej części fabularnej serii, nakręconych w najkrótszym czasie

The Three Mesquiteers (51 filmów w 8 lat; 1936-1943)

Daje to, bagatela, ponad 6 filmów na rok. Co prawda te westerny klasy B nie są przesadnie długie (z reguły trwają około godzinę) ale i tak tempo robi wrażenie. W ośmiu filmach wystąpił sam John Wayne (części 17-24), który w tym samym roku wypłynął na szerokie wody dzięki „Dyliżansowi”. Bohaterami każdej części jest trzech kowbojów (tytułowi Mesquiteers to połączenie angielskiej nazwy jadłoszynu z muszkieterami) walczących z typkami spod ciemnej gwiazdy. Niby nic nowego, ale pod koniec serii postanowiono ją uatrakcyjnić (udziwnić?) przez dodanie współczesnych wątków, np. w postaci nazistów.

Największa ilość sequeli, w których główną rolę odtwarzał ten sam aktor

William Boyd jako Hopalong Cassidy – 66 filmów

Powstające w latach 1935-1948 filmy opowiadały o przygodach kowboja (a jakże!), który walczył każdym obwiesiem jaki mu się nawinął. Jego znakiem rozpoznawczym był czarny kapelusz, co było pewnego rodzaju novum – dotychczas kolor ten zarezerwowany był dla czarnych charakterów. Zresztą w literackim pierwowzorze Cassidy wcale taki szlachetny nie był i dopiero późniejsza popularność oraz pojawienie się na dużym ekranie wymogły zmianę. Wcielający się w niego William Boyd tak zżył się z rolą, że gdy w 1944 roku z serią pożegnał się producent Harry Sherman, postanowił zająć jego miejsce.

Wciąż jednak odgrywał główną rolę, a gdy w końcu podjęto decyzję o zakończeniu produkcji, odkupił prawa do starszych filmów, ponieważ wierzył, że Hopalong Cassidy świetnie nada się do telewizji. Miał rację, a sieć NBC tak podpaliła się na myśl o kontynuowaniu historii kowboja, że w latach 1949-1952 wyemitowała 52 filmy z serii, a następnie wyprodukowała serial złożony z przyciętych do telewizyjnych standardów pozostałych części oraz czterdziestu sześciu nowych odcinków. Hopalong Cassidy „odszedł na emeryturę” 60 lat temu.

Największa liczba filmów opowiadających o tym samym bohaterze

Wong Fei Hung (89 filmów)

Nie można ich nazwać jedną serią, gdyż różnią się gatunkami, stylistyką, brakuje w nich ciągłości fabularnej, a niektóre z nich same tworzą odrębne serie (np. sześć części „Pewnego razu w Chinach”). Jednak sam fakt, że jedna postać doczekała się aż tylu filmów, nie pozwala przejść obok tego obojętnie. Tym bardziej, że Wong Fei Hung istniał naprawdę. Był on żyjącym w latach 1847-1924 mistrzem sztuk walki, matematykiem, lekarzem i rewolucjonistą, którego plakaty miałby nad łóżkiem każdy chiński chłopiec, gdyby tylko takowe wówczas istniały.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!