Muzyki słucha się pod każdą szerokością geograficzną. Równie powszechne są chyba tylko więzi rodzinne i ludzka fizjologia. Zostawiając na boku tę ostatnią, spójrzmy na cztery przykłady tego, że talent muzyczny i tradycje rodzinne przeplatają się szczególnie mocno u Irlandczyków i czarnych Amerykanów.

Tym razem będzie o zespołach opierających swoje składy nie tylko na braciach albo siostrach, jak w poprzedniej części, ale też o tych, które postawiły na różnorodność, tak płciową, jak i pokoleniową. Wszak zespoły złożone z dużych, umuzykalnionych rodzin mają to do siebie, że w razie niedyspozycji któregoś z muzyków, można go łatwo zastąpić, a „nowy” i tak doskonale będzie znać muzykę graną przez grupę.

7. Clannad

Irlandzki zespół najbardziej znany jest z dwóch rzeczy: po pierwsze – nagrał piosenkę do swego czasu popularnego w Polsce serialu „Robin z Sherwood”, po drugie zaś, wokalistka grupy – Enya – zrobiła później międzynarodową karierę solową. Owo „później” zaczęło się pod koniec lat 80., zaś początki Clannad sięgają dwudziestu lat wstecz. Nazwa zespołu pochodzi od słów Clann As Dobhair, co po irlandzku oznacza „rodzina z Dobhair”, czyli z miasteczka na północy Irlandii, w którym wychowali się muzycy.

Co ciekawe, przez długi czas Enya była nieoficjalnym członkiem zespołu i dopiero w 1981 roku ten status uległ zmianie. Trzonem grupy było jej rodzeństwo Ciarán, Pól i Moya Brennan (darujmy sobie irlandzką pisownię) oraz ich wujowie Pádraigi Noel Duggan. Choć zespół od początku trzymał się śpiewania głównie po irlandzku, to pierwsza dekada jego profesjonalnej działalności była kombinowaniem ze stylami muzycznymi – od czerpania z tradycyjnej muzyki irlandzkiej, po dźwięki z syntezatorów.

Lata 80. przyniosły zespołowi większą popularność, między innymi za sprawą utworu nagranego na ścieżkę dźwiękową miniserialu „Harry’s Game” oraz wspomnianej na początku piosenki z serialu o Robin Hoodzie. Clannad odpowiadał zresztą za cały soundtrack do 26-odcinkowej opowieści o banicie z Sherwood, za który grupa otrzymała nagrodę BAFTA. Sukcesy te nastąpiły już po odejściu Enyi (1982), a gdy w 1990 roku z zespołem rozstał się Paul, Clannad kontynuował działalność jako kwartet. Jednak na koncertach grupa często wspierana jest przez innych członków rodziny – wszak rodzeństwo Brennan składa się w sumie z dziewięciu osób, z których piątka nigdy formalnie do zespołu nie należała.

W 1998 roku Clannad nagrał album „Landmarks”, za który rok później zdobył ostatnią poważną nagrodę – Grammy. Choć po prawdzie, to w mało poważnej kategorii – dla najlepszego albumu z muzyką New Age. Mimo że na premierę kolejnej studyjnej płyty fani musieli czekać aż piętnaście lat, to zespół w tym czasie nadal istniał, koncertował i wydawał składanki „The Best Of”. Do składu w 2011 roku powrócił też Pól, a w październiku ubiegłego roku Clannad wyruszył w trasę koncertową.

6. The Pointer Sisters

Jak nazwa wskazuje, zespół składał się z sióstr Pointer. Na przełomie lat 60. i 70. dwie najmłodsze – June i Bonnie, występowały w klubach jako „Pointers, A Pair”. Wkrótce dołączyła do nich Anita, a zespół, śpiewający głównie w chórkach, podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt z wytwórnią Atlantic Records. Nagrane wówczas single jednak nie okazały się takimi przebojami, jak oczekiwano, ale dziewczyny i tak były zadowolone. W końcu na dołączenie do sióstr zdecydowała się też najstarsza z nich, Ruth. Już jako kwartet zespół związał się z wytwórnią Blue Thumb i wydał pierwsza płytę, zatytułowaną po prostu „The Pointer Sisters”.

Zarówno album, jak i pochodzące z niego single całkiem przyzwoicie radziły sobie na listach przebojów magazynu Billboard. Intrygujące jest to, że notowania kolejnych płyt opierały się niemalże na sinusoidzie – po dobrze przyjętym albumie, kolejny szwendał się gdzieś w drugiej połowie zestawienia. Na takim właśnie znalazła się pierwsza wersja najbardziej znanej piosenki sióstr Pointer, czyli „I’m So Excited”. Było to w roku 1982, a zespół ponownie funkcjonował jako trio, po tym jak pięć lat wcześniej Bonnie postanowiła skupić się na karierze solowej.

Wraz z nią grupę opuściła June, która jednak dość szybko dała się namówić na powrót. „I’m So Excited” wdrapała się na zaledwie trzydzieste miejsce w notowaniu Billboardu, co w porównaniu z jej późniejszą popularnością wydaje się niebywałe. Podobnie jak to, że wersja z 1984 roku niewiele różniła się od oryginału, a mimo to zawędrowała 21 oczek wyżej. Piosenka doczekała się wówczas teledysku, który gdyby nakręcony był w lepszej rozdzielczości, nie prowokowałby pytań o to, co widać lub nie w 56 sekundzie.

Zdumiewające jest też to, że pomimo sześciu nominacji i trzech statuetek Grammy dla singli i albumów The Pointer Sisters, „I’m So Excited” nie znalazła uznania wśród członków Recording Academy przyznającej statuetki. Pierwszą zespół otrzymał w 1975 roku za utwór „Fairytale” lecz pomimo pięciu kolejnych nominacji, na kolejną musiał czekać dziesięć lat. A właściwie na dwie, bowiem nagrodzony został nie tylko singiel „Automatic”, ale też „Jump (For My Love)”. Cover tego drugiego, nagrany w 2003 roku przez brytyjską grupę Girls Aloud znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu „To właśnie miłość”.

Połowa lat 80. była szczytowym okresem w karierze sióstr Pointer, którym później szło już tylko gorzej. Po 1986 roku wydały tylko cztery albumy, co jest marną liczbą w porównaniu z dwunastoma w ciągu poprzednich czternastu lat. Piosenkarki były bardzo płodne nie tylko na niwie artystycznej, ale też w życiu prywatnym. Przodowała w tym zwłaszcza Ruth, która doczekała się piątki dzieci, w tym bliźniąt, które urodziła w wieku 47 lat, już po tym jak dwa razy została babcią. W 2004 roku do zespołu dołączyła jej córka Issa, zaś pięć lat później wnuczka – Sadako.

Zespół jednak nadal jest triem, bowiem dwie ostatnie zazwyczaj wymieniają się podczas tras koncertowych, a oprócz Ruth stałym członkiem jest Anita, choć i ona bywała zastępowana przez młodsze „siostry”. June Pointer zmarła na raka w 2006 roku, a ostatnia z sióstr – Bonnie – trzyma się na dystans od czasu jej śmierci. Doszło nawet do tego, że oskarżyła rodzinę o niewypełnienie ostatniej woli June i poskąpienie zmarłej godnego pogrzebu. Jednak mimo niesnasek i problemów w życiu prywatnym, piosenkarka wspiera zespół podczas niektórych występów.

5. The Isley Brothers

O braciach Isley napisaliśmy dość dużo w tekście o najstarszych, aktywnych zespołach muzycznych, ale nie wypadało nie umieścić ich także i na tej liście. Zatem dla uzupełnienia, trochę liczb – 60 lat kariery, 30 albumów studyjnych, 111 singli, 4 złote płyty, 6 platynowych, 3 podwójnie platynowe, wprowadzenie do Rock and Roll Hall of Fame w 1992 roku i tylko jedna statuetka Grammy, za piosenkę „It’s Your Thing”. Znalazła się ona za to na liście 500 utworów wszech czasów magazynu Rolling Stone.

4. The Corrs

Irlandzkie rodzeństwo nagrało kilka znanych piosenek, które zaznaczały swoją obecność na listach przebojów, chociaż nie każdej udało się wejść na ich szczyty. Początki zespołu sięgają 1990 roku, kiedy to do mających już jakieś sceniczne doświadczenie Jima i Sharon dołączyły dwie młodsze siostry – Caroline i Andrea. Szerszej publiczności dali się poznać dość nietypowo, bo od występu w filmie „The Commitments” Alana Parkera. Najstarsza trójka dostała co prawda tylko małe role muzyków, ale najmłodszej (i bez wątpienia najładniejszej, prawdopodobnie w całej Irlandii) Andrei powierzono zagranie siostry głównego bohatera. Udział w filmie zaowocował tym, że jeszcze podczas przesłuchania do ról muzyków wypatrzył ich późniejszy manager, a sama Andrea spodobała się reżyserowi na tyle, że ten powierzył jej drobną rolę w swoim późniejszym filmie, musicalu „Evita”.

Dwa lata wcześniej, w 1994 roku The Corrs zostali zaproszeni przez irlandzką ambasadę w USA do wystąpienia przed jednym z rozgrywanych tam meczów mistrzostw świata w piłce nożnej. W Stanach spodobało im się na tyle, że postanowili jeszcze wpaść do Nowego Jorku, gdzie również dali występ i „zapolować” na znanego producenta muzycznego Davida Fostera, współpracującego z takimi gwiazdami jak Madonna, Whitney Houston, Rod Stewart czy Michael Jackson. Zespołowi udało się namówić go do współpracy, czego owocem był pierwszy album grupy, „Forgiven, Not Forgotten”, wydany w 1995 roku. Tytułowy utwór pojawił się w jednym z odcinków serialu „Beverly Hills 90210”, ale najbardziej znanym singlem z tej płyty jest „Runaway”.

Mimo że na liście Billboardu znalazł się zaledwie na 131. miejscu, to koniec końców irlandzkim muzykom udało się w Stanach zdobyć złotą płytę. Rzecz jasna na Starym Kontynencie było o wiele lepiej – pierwsze miejsca w Wielkiej Brytanii i Irlandii (każdy studyjny album The Corrs wędrował w tym kraju na szczyt), a i na Antypodach sukcesy były podobne. Na kolejną płytę nie trzeba było długo czekać – w 1997 roku do sklepów trafiła „Talk On Corners”, która w ojczyźnie artystów w ciągu trzech lat dwudziestokrotnie pokryła się platyną. Osiągała też lepsze wyniki na światowych listach przebojów (no może poza Kanadą, ale tam zawsze musi być inaczej), choć pochodzące z niej single radziły sobie raczej średnio. Dwa najbardziej znane z nich to „What Can I Do?” i „Only When I Sleep”:

W 1999 roku podczas BRIT Awards, The Corrs zostali wyróżnieni statuetką dla najlepszego zespołu zagranicznego i była to w zasadzie jedyna z poważniejszych nagród którymi można uhonorować muzyków. Co prawda dwa lata później zespół był nominowany do dwóch nagród Grammy, ale na samych nominacjach się skończyło. Jedna z nich tyczyła się piosenki „Breathless” pochodzącej z wydanego w 2000 roku albumu „In Blue”, który wziął szturmem ówczesne notowania płytowe. Znalazła się na nim również „Give Me a Reason”, ale to właśnie „Breathless” jest uważany za największy hit rodzeństwa z Zielonej Wyspy (tej prawdziwej, nie mitycznej gdzieś w środkowej Europie).

Można by pomyśleć, że członkowie zespołu nie mieli życia prywatnego (co w przypadku gwiazd muzyki pop koncertujących po całym świecie nie byłoby dziwne), jednak jeszcze przed premierą „In Blue” w tragiczny sposób przypomniało ono o sobie. W listopadzie 1999 roku zmarła matka artystów, nie doczekawszy zaplanowanej transplantacji płuc. Album został zadedykowany właśnie jej, a znajdująca się na nim piosenka „No More Cry”, napisana została przez Andreę i Caroline by pomóc ojcu pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony.

Wielu artystów decyduje się na wydanie składanki „The Best Of” mając na koncie zaledwie trzy albumy studyjne. Tak też było z The Corrs, z tą jednak różnicą, że grupa była jak najbardziej uprawniona do takiego ruchu, a pochodząca z 2001 roku kompilacja rzeczywiście zawierała największe przeboje, wspomożone dwoma-trzema (zależnie od kraju wydania) nowymi utworami. Trzy lata później na rynek trafił album „Borrowed Heaven” i podobnie jak poprzednie zyskał uznanie wśród fanów, choć bardziej tych z Europy Zachodniej. W Polsce piosenki z tej płyty nie dorównały wcześniejszym hitom. Nawet wybrana na pierwszy singiel (lecz już przesadnie popowa) „Summer Sunshine”.

Kolejny, ostatni już studyjny album „Home” ujrzał światło dzienne w 2005 roku. Różnił się jednak od poprzednich brzmieniem, które oscylowało wokół folk rocka i tradycyjnej muzyki irlandzkiej. Również i ta płyta została zadedykowana matce, a piosenki w dużej mierze pochodziły z należącego do niej śpiewnika. Album był ukoronowaniem piętnastolecia zespołu, a do sprzedaży trafił 26 września – dokładnie w dziesiątą rocznicę wydania „Forgiven, Not Forgotten”. The Corrs zawiesili działalność w 2006 roku, skupiając się na projektach solowych i życiu prywatnym. Na powrót póki co się nie zanosi, chociaż muzycy nigdy nie powiedzieli, że wspólne występy to definitywnie zamknięty rozdział.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!