Jeżeli napiszę, że dzisiejszy tekst będzie o Johnie Paulu Larkinie, który rozpoczął swoją karierę muzyczną w 1976 roku jako pianista jazzowy, to większość z was uzna, że nie warto dalej czytać, ponieważ nie dzielimy tych samych wspomnień.

Natomiast jeżeli napiszę, że człowiek ten w wieku 53 lat zrewolucjonizował muzykę popularną, być może komuś zaświeci się mała lampka, nieużywana od 1995 roku. Wtedy to właśnie nastąpił szczyt jego popularności. Ale na całe szczęście jest poniższe zdjęcie oraz tytuł i mam nadzieję, że wszyscy dobrze wiedzą o kogo chodzi.

Praw-w-dziw-wy t-tt-talent

Larkin jest znany jedynie pod swoim pseudonimem – Scatman John. Urodził się w niewielkim mieście El Monte w stanie Kalifornia w 1942 roku i przez większość swojego życia był kolejnym szarym, wrażliwym artystą, który na dodatek nie potrafił się poprawnie wysłowić. Nie ze względu na głupotę, jak to mają co poniektórzy współcześni artyści, ale z powodu silnego jąkania się, co negatywnie odbiło się na jego dzieciństwie i poczuciu własnej wartości. Z wady wymowy nie wyleczył się nigdy, ale okazał się na tyle bystry, żeby przemienić swoją wadę w zaletę. Zanim to jednak nastąpiło, w wieku 12 lat rozpoczął naukę gry na pianinie, co dało mu możliwość wyrażania siebie, kompensując sobie tym samym problemy z mówieniem. W późniejszych wywiadach powtarzał, oczywiście jąkając się, że gra na pianinie była dla niego sposobem mówienia.

Ponadprzeciętne umiejętności gry pozwoliły mu zostać profesjonalnym pianistą jazzowym. Przez lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte grał w różnych klubach w okolicach Los Angeles i zdołał nagrać oraz wydać w 1986 roku płytę zatytułowaną, jak to w przypadku początkujących artystów bywa, swoim imieniem i nazwiskiem – John Larkin. Obecnie album jest praktycznie nie do zdobycia, chociaż jak sam stwierdził, setki kopii walały się u niego w szafie. A potem, jak to u początkujących artystów, nutka mizernej sławy oraz ćpanie i chlanie. Na całe szczęście zdołał się w porę opamiętać, głównie dzięki przyjacielowi Joe Farrellowi (jazzowemu saksofoniście) oraz dzięki ówczesnej przyjaciółce i późniejszej żonie Judy.

Ski-Ba-Bop-Ba-Dop-Bop

By pchnąć swoje życie do przodu przeniósł się do Berlina w 1990 roku i grał na terenie Niemiec. Raz nawet zdołał zaśpiewać, za co otrzymał owacje na stojąco. Dzięki tym oklaskom John zdecydował się na stałe włączyć swój głos w karierę, a dzięki sugestii swojego agenta połączył dźwiękonaśladowczy sposób śpiewania (scat) z muzyką dance i rapem. Taka zmiana oczywiście była zbyt radykalna, by John mógł się do niej od razu przychylić, ale wytwórnia muzyczna już czekała z otwartymi rękami. Bojąc się tego, że się jąka, zadecydował otwarcie mówić o tym w swojej muzyce. I tak po raz pierwszy narodził się John Scatman w utworze „Scatman (Ski-Ba-Bop-Ba-Dop-Bop)”. Piosenka miała inspirować jąkające się dzieci do pokonania przeciwności losu. A był to rok 1994, gdy w Polsce wszyscy wpieprzali gumy turbo i pocinali biegiem po szkole na serial „Drużyna A”.

 

Ponad 6 milionów sprzedanych singli później, Scatman był już praktycznie wszędzie. W telewizji, w radiu, w walkmanach i na ustach dzieciaków, starających się naśladować wyrzucane przez niego sylaby. Ale nikomu się oczywiście nie udawało, bo Scatman John był jeden. Niedługo później pojawił się kolejny jego singiel „Scatman’s World”, a następnie w 1995 roku płyta o takim samym tytule.

 

Drugi album „Everybody Jam!” nie zrobił już takiego szumu, jednakże mimo wszystko zawojował rynek w Japonii, gdzie był tak popularny, że miał własne lalki, karty telefoniczne i puszki Coca Coli z własną podobizną. Na koncerty wszyscy pchali się drzwiami i oknami, publika (głównie nieletnia) piszczała na jego widok, a jego płyty szły jak świeże bułeczki w wielu krajach Europy.

Nie śpiesz się

I na tym kolorowy sen się kończy. Pod koniec 1998 roku zdiagnozowano u niego raka płuc, co jednak nie powstrzymało go od nagrania trzeciej płyty jako Scatman John – „Take Your Time”, wydanej sześć miesięcy przed jego śmiercią. Sam tytuł płyty pokazuje, że John widział o nadchodzącej śmierci, podobnie jak Freddy Mercury nagrywając utwór „Show Must Go On”.

John Larkin zmarł 3 grudnia 1999 roku w wieku 57 lat. Został poddany kremacji, a jego szczątki rozrzucono na morzu w pobliżu Malibu w stanie Kalifornia.

„Whatever God wants is fine by me… I’ve had the very best life. I have tasted beauty.” ~ John Larkin.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!