Pojazdy unoszące się kilkanaście centymetrów nad ziemią i mknące ze średnią prędkością 800 km/h kojarzą się nieodłącznie z Wipeoutem. Warto jednak pamiętać, że były czasy gdy ta produkcja miała bardzo udanego sobowtóra, dającego znacznie więcej emocji i rozgrywającego się w świecie wykreowanym w umyśle George’a Lucasa.

Star Wars Episode I: Racer to najprawdopodobniej jedyny tytuł ze świata Gwiezdnych Wojen, do którego zasiadały także osoby unikające bandy Skywalkera, lub nie mające pojęcia kim ten syn marnotrawny jest. Sama wartość rozrywkowa produkcji była tak wielka, że świat gry był jedynie dodatkiem do wspaniałej grywalności. W przypadku gier jest to o tyle rzadkie i niespotykane, że zasługuje na kilkuminutowe owacje z bisem. Śmiało.

Wipeout bez broni

Niewtajemniczonym wyjaśnię, że te dziwne wehikuły ze screenów to Pody (nie iPody…), czyli jednoosobowe pojazdy z ogromnymi silnikami luźno połączonymi kablami z kabrioletowym kokpitem. Tam za sterami siedział śmiałek, dla którego pocinanie w wąskich przesmykach z prędkością wyrywającą zęby to bułka z masłem. Całość wyglądała jak unoszący się nad ziemią kosmiczny rydwan. Dosiadanie takiego potwora sprawiało, że otarcia o powierzchnię gruntu oraz pokonywanie zakrętów i przesmyków „fuksem” były na porządku dziennym.

I w tym kryła się największa zaleta Racera. Tak ogromne poczucie prędkości jest niespotykane nawet w dzisiejszych produkcjach stawiających na maksymalną widowiskowość. Z tego powodu przy rozgrywce można było mimowolnie wychylać się z fotelem na zakrętach i mrugać tylko na długich prostych, by nie zaliczyć spotkania z przestrzenią kosmiczną lub ścianą. To jednak nie było jakimś wielkim problemem, o ile nie popełnialiśmy błędów zbyt często. Po rozpadzie bowiem trafialiśmy z powrotem na trasę z całkiem niezłą prędkością wyjściową.

Nie tylko dla fanów Star Wars

Fabularnie było standardowo – piąć się w serii kolejnych turniejów i zdetronizować kurduplowatego złego mistrza Sebulbę, któremu zasady fair-play są równie obce co gatunek ludzki. Podstawową postacią pragnącą zostać nowym mistrzem galaktyki był młody Anakin Skywalker, jednak w miarę postępów odblokowywały się inne Gwiezdne postacie wraz ze swoimi maszynami. Warto zaznaczyć, że każdą latało się wyraźnie inaczej, więc bez problemu można było dobrać coś dla swojego stylu lotu. Każdy wygrany wyścig oferował zastrzyk kosmicznej gotówki, za którą, by się liczyć na dzielni, trzeba było ulepszyć swój pojazd. Podrasowywanie siedmiu parametrów opisujących antygrawitacyjne cacko oferował handlarz Watt, sprzedający również pit-droidy – roboty dbające o nienaganny stan naszej fury. W razie pustszego portfela tańsze i gorszej jakości części były dostępne na wysypisku.

Do wyboru dostaliśmy 8 różnych planet, dających łącznie 25 tras, na których można się rozbijać ponad dwudziestoma Podami. Liczby te wyglądają przyzwoicie nawet dziś, natomiast w 1999 roku powodowały mimowolne ucałowanie płytki przed włożeniem jej do napędu.

Wadą Racera mógł być niezbyt wysoki domyślny poziom trudności w głównym turniejowym trybie gry. Po opanowaniu szlaku zwycięstwa przychodziły łatwo, a przeciwnicy dość szybko zostawali w tyle. Z tego powodu głównym wyzwaniem była tylko i wyłącznie trasa. Poznanie jej nastręczało wiele trudności, zwłaszcza za sprawą nieczytelnej minimapy. A niejednokrotnie wypatrzony z daleka zakręt okazywał się być ślepym zaułkiem.

Odgrzejcie kotlet!

Racer zestarzał się całkiem ładnie i dziś jego widok nie kaleczy oczu. Gameplay cały czas stoi na bardzo wysokim poziomie, jednakże jedyna rzecz, która mocno trąci padem to wyraźne przenikanie się obiektów oraz… fizyka. Nie znam się na fizyce pojazdów korzystających z napędów antygrawitacyjnych, i byłoby bardzo podejrzane gdybym się znał, jednakże sposób poruszania się Podów wygląda i wyglądał dość nierealistycznie. Być może to tylko moja wizja, wsparta doświadczeniami z samochodówkami, ale chociażby kokpitem powinno nieco bardziej zarzucać. Wychodzę jednak z bezpiecznego założenia, że napęd antygrawitacyjny niweluje także siłę odśrodkową. Niemniej jednak pojazdy, mimo unoszenia się nad ziemią, ślizgały się po lodzie…

Specjalne „growe” wydanie Księgi Rekordów Guinnessa odnotowuje Racera jako najlepiej sprzedające się kosmiczne wyścigi z sumą ponad trzech milionów sprzedanych kopii. Z jednej strony świat Gwiezdnych Wojen przyczynił się nieco do tego rekordu, z drugiej natomiast – Racer jest i był kawałem świetnej gry, do której nawet dziś można zasiąść z przyjemnością.

Niestety, na PC obecnie brak jest spadkobierców tego świetnego pomysłu. PS2 miało zaszczyt gościć w czytnikach drugą część – Star Wars Racer Revenge w 2002 roku. Jednakże żyjemy w czasach mody na retro, gdzie stare tytuły otrzymują w prezencie wyższą rozdzielczość i lepsze tekstury – być może i Star Wars Episode I: Racer się na taki lifting załapie. Ja na to liczę.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!