Ci, którzy przegrali niejedno kieszonkowe na automatach w zadymionej, ciemnej przyczepie kempingowej, z pewnością pamiętają świetne tytuły japońskiej Segi. Niegdyś jedna z najmocniejszych firm na rynku w przemyśle rozrywkowym, dziś jedynie mizerna namiastka, która odgrzewa swoją spuściznę i wydaje ją na urządzenia przenośne.

Niemniej wszystkie markowe gry Segi były niesamowicie grywalne i niezwykle dopracowane w porównaniu do pozostałych gier innych deweloperów (chociaż zdarzały się wyjątki). Napis „INSERT COIN” wyświetlał się często, ale nikomu nie przeszkadzało by kasę od mamy na lody przepierdolić na kolejne trzy życia.

Sega miała swoje popisowe produkcje, które każdy uwielbiał, między innymi Sonic, Golden Axe, Last Bronx i sporo gier z „Virtua” w tytule – Virtua Fighter, Virtua Racing, Virtua Tennis oraz wydany w 1995 roku i wspominany dzisiaj… Virtua Cop 2.

Jeżeli ktoś nie załapał się na automaty lub wolał wpieprzać lody za kieszonkowe, to zaległości nadrobić mógł dzięki portom Virtua Cop 2 na Segę Saturn (1996), Dreamcasta (2000) no i oczywiście na PC (1997). A że w tamtych czasach piractwo kwitło jak tulipany na wiosnę, to i ważący kilkadziesiąt mega Virtua Cop 2 odbijał się od szkieł wielu smarkatych okularników.

Co prawda frajda z klikania myszką była znacznie mniejsza od strzelania pistoletem świetlnym, ale była to praktycznie jedyna dostępna na PC gra typu „celowniczek” z tak wysoką grywalnością. Jako że jest to już wymarły gatunek, to dla wyjaśnienia dodam, że w grze jedynym kontrolerem była myszka, której kursor służył za celownik. Lewy przycisk odpowiadał za strzał, podwójne kliknięcie prawym za przeładowanie. I to wszystko. Za całe łażenie postacią decydowała gra, która kierowała się zawsze w tę samą stronę i zawsze zatrzymywała się w tym samym miejscu, by gracz mógł sobie postrzelać.

Być może brzmi to jak kupa gówna, zwłaszcza że gracze z całego świata już dawno znali gry FPP – ot, chociażby taki Doom pojawił się w 1993 roku czyli pięć lat przed Virtua Cop 2 na PC. Jednakże cała magia gry Segi tkwiła w reagowaniu przeciwników na trafienia w różne części ciała. I tak jak można sklepać kogoś ładnym combo w Virtua Fighter czy innym mordobiciu, tak też w Virtua Cop 2 można było postrzelić kogoś w nogę, potem w ramię i na końcu w głowę, by zakończył swój żywot z ładnym piruetem. Wszystko to okraszone świetną, jak na tamte czasy, płynną animacją. Niestety, nie uświadczymy przy tym żadnego rozlewu krwi. Sega jako jedna z najgrzeczniejszych firm, również i w Virtua Cop 2 zamieniła flaki na niebieskie rozbłyski. A żeby było jeszcze potulniej, to wcielamy się oczywiście w policjanta i dziurawimy zbirów.

Cała gra składa się z trzech poziomów (każdy zakończony bossem), co sprawia, że całość można przejść w pół godziny. Nie ma co łajać Segi za lenistwo, jako że taka specyfika gier automatowych, zwłaszcza że bez znudzenia można było Virtua Cop 2 przechodzić wiele razy. Broń jest jedna, bo przecież jedną pukawką machasz przed ekranem automatu, ale na szczęście można ją wspomagać wieloma power-upami, które wyskakiwały z zestrzelonych obiektów otoczenia. Sporą część poziomu można było uszkodzić ostrzałem, co stanowiło dodatkowy bajer i wpływało bardzo dobrze na wczucie się w grę. Nie ma nic piękniejszego jak puścić serię oprychowi, przy okazji kiereszując trochę samochód czy rozbijając za nim szybę.

Konsolowcy i automatowcy mieli również dodatkową frajdę w postaci co-opa. Co prawda na PC również dało się grać we dwóch przy jednym kompie, ale z oczywistych technicznych względów nie można było używać dwóch myszek, przez co jedna osoba była na straconej pozycji i nieudolnie korzystała z klawiatury.

Virtua Cop 2 była świetnym tytułem na krótkie, relaksująco-odmóżdżające rozgrywki. Dzięki możliwej do włączenia opcji losowego pojawiania się wrogów nie nudziła nawet po kilku przejściach. Jest to jeden z lepszych przedstawicieli swojego wymarłego gatunku i być może komuś uda się na Kinekta lub Move wskrzesić stare, dobre strzelanki na szynach.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!