Całe życie czułem się pominięty, zepchnięty na drugi plan. Nigdy nie miałem zdolności ani talentu, by grać pierwsze skrzypce. Aż do teraz. W końcu ktoś się ze mną liczy, w końcu ja o czymś decyduję. Uczucie błogie, słodkie i lepkie niczym smak waty cukrowej. Jak byłem młody uwielbiałem watę cukrową. Zawsze starałem się jeść ją powoli i delikatnie, by dawkować przyjemność jak najdłużej. Zatapiałem w niej ostrożnie usta, by muśnięciem warg oderwać kolorową pajęczynkę z przesłodkich nici, a ta stopniowo rozpuszczała się na moim języku i nikła w przełyku wraz ze śliną. Kiedyś jednak zjadłem cały kij waty cukrowej na raz. Dłonią zbiłem całą puchatą kulę w jedną lepką maź i wetknąłem do ust, oblizując przy tym całą rękę. Cała skondensowana przyjemność zatkała mi przełyk tak, że trudno było mi nawet oddychać. Żułem tę watę, starając się powstrzymać odruchy wymiotne. Po chwili bolały mnie mięśnie szczęki od ciągłego rozklejania sobie zębów. Oczy zaszły mi łzami. Miałem wrażenie, że się porzygam i zemdleję, ale mimo wszystko czułem się wspaniale. Wszystko to, co dawkowałem sobie zawsze kilkanaście minut, teraz wpadło mi na raz do żołądka, uwalniając jednocześnie wszystkie pokłady przyjemności wynikające bardziej z tego, że zmarnowałem cały kij waty, niż z tego, że mi smakuje.

Było w tym coś nierozsądnego. Nieprzepisowego.

To było wspaniałe.

A teraz stojąc nad zakrwawionymi zwłokami, nie czułem się już pominięty.

Ogarnęło mnie potworne obrzydzenie do siebie, jednakże zarazem pojawiła się iskra wniosku mówiącego, że tak ma właśnie być. Znowu poczułem ten skok adrenaliny i już po kilkunastu sekundach nie pamiętałem, że przeżyłem chwilę wahania.

Nancy, moja była żona. Stała tam i była. Istniała całym swoim istnieniem u progu drzwi od sypialni, która wychodziła na salon oraz kuchnię. Pod jej opuchniętymi z przerażenia i przebudzenia oczami rosły szare sińce. Jej źrenice drżały jak opętane, ale mogło mi się tak tylko wydawać, ponieważ zachodziły coraz to nowymi łzami. Była cała sztywna, zupełnie jak drewniana kukła lub martwe zwierzę w kilka godzin po śmierci. Usta miała rozwarte w krzyku, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.

Nie wiem jak długo tak staliśmy wpatrując się w siebie. Ja, zakrwawiony, ze zwłokami jej kochanka u stóp, a ona w jasnozielonej jedwabnej piżamie, całkowicie świadoma, że jej życie za chwilę legnie w jeszcze większych gruzach. Jestem pewien, że wyobrażała sobie swoje zwłoki leżące w kałuży krwi tuż obok tego kurdupla.

– Dobry wieczór, nie przeszkadzam? – zapytałem szczerząc zęby.

– Proszę… – ledwo przeszło jej przez gardło. Potem na powrót oniemiała.

Upewniłem się, że trzymam nóż w ręce. Musiałem na niego spojrzeć, przyjrzeć się błyszczącemu czerwonemu ostrzu i śliskiej od potu rękojeści. Nie czułem, że trzymam go w ręce, zupełnie jakby należała do kogoś zupełnie innego.

– Proszę, nie… – Zachłysnęła się własnymi łzami.

Szybkim rzutem oka spojrzała na telefon stojący na tej samej komodzie, w której znajdował się pistolet. Uśmiechnąłem się drwiąco. Kurdupel wolał sięgnąć po broń, wybrał praktyczniejsze rozwiązanie. Nancy natomiast od razu szukała pomocy. Typowa bezbronna kobieta, która bryluje tylko i wyłącznie wtedy, gdy może kimś manipulować.

Nie tym razem złotko, pomyślałem. Tym razem to ja sprowadzam nieszczęście.

Zachwyciła mnie jej naiwność. Myślała, że zdąży dobiec do słuchawki i wezwać pomoc. Myślała, że jeden telefon wszystko załatwi. Była równie łatwowierna co ja na ołtarzu, gdy przysięgaliśmy sobie miłość i wierność. Podszedłem do telefonu, a ona pisnęła ze strachu. Jej nogi ugięły się w kolanach, a dłonie drżały jak ogon grzechotnika. Podniosłem słuchawkę i sprawdziłem czy jest sygnał. Wszystko działało. Rzuciłem nią wprost w jej twarz. Nie zdążyła się zasłonić i telefon z głuchym stuknięciem uderzył ją w łuk brwiowy. Biała słuchawka upadła na podłogę, rozpadając się na dwie części i wyrzucając baterię.

– Masz, dzwoń. – Wskazałem jej na telefon.

Brak reakcji.

– Powiedziałem, dzwoń! – wrzasnąłem.

Z jej łuku brwiowego pociekła krew, zalewając lewe oko. Nie zareagowała w żaden sposób, była zbyt przerażona, by cokolwiek czuć. Widok krwi mnie rozjuszył. Rzuciłem się na nią jak byk na czerwoną płachtę. Niewiele myśląc i niewiele dostrzegając złapałem ją za ramię i cisnąłem w stronę kuchni. Przeleciała kilka metrów i upadła na środku salonu. Leżała bez ruchu, jedynie łkając i drżąc, i osłaniała się rękoma przed kolejnym atakiem. Chwyciłem ją ponownie i uniosłem jak worek śmieci. Odchyliłem jej włosy, by spojrzeć na ociekającą krwią twarz. Nie śmiała odwzajemnić mi spojrzenia. Pomimo niebieskich tęczówek, jej oczy były czarne od wielkich przerażonych źrenic.

Dźgnąłem ją nożem na oślep. Trafiłem gdzieś w okolice nerek. Zawyła z bólu i zauważyłem jak jej zęby i usta zachodzą krwią płynącą z gardła. Przekręciłem nóż niczym klucz w zamku. Wykonałem dwa obroty z niesamowitą łatwością, zupełnie jakbym patroszył dynię na Halloween. Ta dynia jednak z każdym ruchem wrzeszczała i płakała.

Rzuciłem nią znów i tym razem doleciała do kuchni. Próbowała utrzymać równowagę, ale poślizgnęła się na krwi swojego kurdupla. Wpadła na blat, gdzie znajdował się stojak z kubkami. Próbowała się go chwycić, ale tylko strąciła wszystko na podłogę.

Jej ciało miotało się na podłodze, jak zdychająca mucha. Włosy miała pozlepiane krwią. Jasny brąz kosmyków wraz z mieniącą się czerwienią wyglądał nierealnie, przywodząc na myśl kiepskiej jakości film. Przypomniałem sobie, jak dawno miałem okazję po raz ostatni dotykać jej włosów. W tej chwili mogłem jedynie za nie chwycić i rzucić resztą mięsa o ścianę. Ryknęła z przerażeniem. Moja pobudzona siła z łatwością zrobiła szkarłatną plamę od krwi z nosa na srebrnej lodówce.

Ogarniało mnie wrażenie tymczasowości wszystkiego dookoła. Ale przecież to wszystko było trwałe. Na stałe i na zawsze. Nie dało się zarówno ożywić moich ofiar, jak i wycofać kilka lat w przeszłość.

Zbyt szybko rozpoczął się ten nowy rozdział mojego życia. Sprawiał wrażenie chorego koszmaru, z którego w każdej chwili mogę się przebudzić. Mógłbym równie dobrze ocknąć we własnym łóżku i podziękować, że nic takiego się nie zdarzyło. Potem cmoknąć wargami z niedowierzania, wsunąć poranne papcie i przygotować się do nowego dnia. Zajrzeć do pokoju Alice, by sprawdzić czy jeszcze śpi, i na palcach przejść do kuchni uszykować dziewczynom śniadanie. Chciałbym wrócić do rzeczywistości i uciec z tego ponurego snu.

A ona ciągle wrzeszczała.

Pamiętam naszą pierwszą noc. Spała obok mnie z włosami rozsypanymi na twarzy, które za dnia tak pieczołowicie układała. Były lekko wilgotne i posklejane od naszych wspólnych wybryków, jako że kilkanaście minut wcześniej oddawaliśmy się pierwszej przygodzie wprowadzającej nas w świat rozkoszy i uniesień. Jej nozdrza delikatnie pulsowały, łapiąc dawkę odpoczynku, którą oferował długi i głęboki sen.

Przez kilkanaście minut gładziłem ją po policzku, odsuwałem poszczególne kosmyki włosów i odkrywałem detale jej twarzy, przyglądając się każdej zmarszczce i zagłębieniu, które składały się na indywidualne piękno, niespotykane nigdzie indziej na świecie.

Jeden z moich dotyków załaskotał ją w nos i w sennym amoku potarła go wierzchem dłoni, a następnie przewróciła się z boku na plecy, odkrywając zmierzwiony koc niedbale narzucony na jej ciało.

Wtedy jedyny raz miałem pewność, że kogoś mam i do kogoś należę. Te chwile i uczucia im towarzyszące, raz utracone, pozostawiają pustkę w duszy, jakby ktoś wyszarpał jej fragment, pozostawiając tęskniącą otchłań. Wtedy wolałem o tym nie myśleć, nieszczęśliwe historie miłosne pozostawiając innym. Bo sam miałem pewność, że taka piękna i czysta więź nie może zostać zniszczona przez żadną siłę występującą w przyrodzie.

A tą siłą okazał się czas.

Wraz z nim nieubłaganie wygasał płomień miłości, udowadniając, że piękne chwile są krótkim i nienaturalnym porządkiem rzeczy.

Pół roku później miała miejsce nasza pierwsza poważna kłótnia, która trwała tak naprawdę aż do ślubu. Po ślubie rozpoczęła się kolejna i trwała aż do rozwodu.

Próbowała wstać. Chwiejąc się na szeroko rozstawionych nogach, chwyciła się dzbanka od ekspresu do kawy. Złapałem ją za nadgarstek i wykręciłem jej rękę w tył. Dzbanek rozbił się z trzaskiem koło martwego kurdupla. Jej ciało zgięło się w pół, a włosy machnęły z krzykiem. Za włosami znajdowała się poraniona twarz z zakrwawionym nosem. Jej oczy łapczywie zbierały ostatnie chwile życia i pragnęły niczego innego, jak obudzenia się z tego samego koszmaru, w którym ja się znajdowałem.

Obróciliśmy się razem, jakby w chorym tańcu. Po raz kolejny próbowała złapać równowagę, ale wraz z wykręceniem ręki uderzyła czołem o krawędź piekarnika. To była jedna z tych kuchni, w których sprzęt kuchenny zajmował wydzielony fragment na środku pomieszczenia. Klapa piekarnika otworzyła się z hukiem, a ja przerzuciłem jej ciało na szuflady ze sztućcami. Uderzenie było tak mocne, że najwyższa z nich wysunęła się i wypadła z szyny, wysypując dookoła solidne srebrne sztućce. Część z nich spadła wprost na nią, raniąc jej ciało od uderzenia trzonkiem lub nakłuwając drugą stroną. Solidna dębowa szuflada spadła jej wprost na potylicę.

Całą jej twarz skryły włosy, ale wiedziałem że mocno krwawi. Na jej szyi robiły się zacieki od strumyków czerwonej cieczy. Wraz z tą cieczą powoli wypływało z niej wszystko, co stanowiło jej beznadziejną osobę. W każdej kropli zaszywała się informacja, która miała nigdy nie powrócić. Fragmenty ostatniego tchnienia.

Chwyciłem ją za nogę i pociągnąłem. Jej bezwładna głowa trzasnęła głucho o błyszczące płytki. Odgłos był taki, jakby mocno klasnąć dłońmi. W momencie uderzenia jej twarz przeszył grymas świdrującego bólu. Uniosła ręce, by się czegoś przytrzymać, ale sekundę później przywaliła łokciem o skraj otwartych drzwi piekarnika. Drugą ręką przypadkowo szturchnęła leżące tam ciało.

Nie miała już siły krzyczeć, tylko dyszała i parchała. Jej krtań wydawała dźwięki przypominające spluwanie. W rzeczywistości był to charkot i ostatnie próby łapania powietrza, gdy krew z nosa zalewa przełyk.

Uderzyłem ją jeszcze raz nieruchomą i krwawiącą, a potem wbiłem jej nóż w plecy. Ponad krzykiem usłyszałem lekki zgrzyt chrząstek. Przesunąłem jej ciało po podłodze, trzymając za wbity nóż, a zadana rana powoli zaczęła się rozcinać. To tak, jakbym nabił tę muchę na wykałaczkę i szurał nią po śliskiej powierzchni.

Ta jednak krwawiła i krzyczała, krwawiąc jeszcze mocniej. Na wypucowanych kuchennych kafelkach, wytartych z wszelkich drobin kurzu, malowały się mozaiczne plamy czerwieni, powoli ściekające w zagłębienia i rozmazywane od miotania się ciała.

Potem zaczęły się drgawki. Trwały kilka sekund i ustały.

By wyciągnąć nóż musiałem użyć obu dłoni. Wyszedł wraz z cichym skrzypnięciem, unosząc lekko bezwładne ciało, które zaraz z powrotem opadło. Dopiero teraz zauważyłem, że wbiłem go prosto w kręgosłup. Na mojej koszuli pojawiło się kilka nowych plam.

Chciałem tylko, by ten krzyk w głowie ustał.

Po paru minutach, gdy adrenalina i podniecenie opadło, zacząłem zdawać sobie coraz większą sprawę z tego, co zrobiłem. Krzyki za mną nie ustawały, a mnie zaczęło ogarniać przerażenie.

Odwróciłem się, już wiedząc co mnie za chwilę czeka, i spojrzałem wprost w czerwone od płaczu oczy, wpatrzone we mnie, jak w jakąś straszną bestię. Stała w jednoczęściowej piżamie i w prawej ręce trzymała mały kocyk. To był jej ulubiony kocyk. Ten sam, który od małego zastępował jej pluszaki. Spała na nim, siedziała na nim. Zapewniał jej bezpieczeństwo. Był niebieski z białymi i żółtymi wzorami, które powinny przypominać gwiazdy i księżyce. Nieco sprany i postrzępiony, jednak cały czas towarzyszący Alice. Jej druga pięść była zaciśnięta, napinająca wszystkie mięśnie zamrożone ze strachu. Jej drobna buzia przybrała chory, purpurowy odcień od wysiłku, jaki wkładała w krzyczenie. Jak długo tak stała? Nie wiedziałem. Mogła tam być od samego początku, jak i mogła dopiero co przyjść. Dookoła mojej córki leżały przedmioty z przewróconego wcześniej szklanego stolika. To w niego trafiła kula z pistoletu kurdupla. Na podłodze leżał telefon komórkowy, kilka papierów i rozbity wazon z kwiatami. Bose stopy Alice muskały rozlaną wodę.

Za mną co najmniej dwa litry rozmazanej krwi i ciało jej matki leżące płasko na podłodze, twarzą do płytek. A kawałek dalej, koło otwartego piekarnika, jej przybrany ojciec.

Nie mogłem tego powstrzymać.

Nie takiego miała mnie zapamiętać.

To wszystko nie tak miało być. Wszystko poszło zupełnie źle.

Musiałem to zrobić.

Przepraszam.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!