Starszy mężczyzna wracał ze spaceru w parku, gdy na moście ujrzał radiowóz z otwartymi na oścież drzwiami. Powiódł wzrokiem w kierunku, który wskazywały drzwi, tak jakby był to wyciągnięty palec wskazujący, i ujrzał kobietę i mężczyznę siedzących okrakiem na barierce mostu. Mężczyzna nieustannie mówił do kobiety, która wydawała się pilnie słuchać. Nie widział jej twarzy, jako że była odwrócona plecami. Ale pomimo słabego starczego wzroku, w twarzy mężczyzny dostrzegał zawód. Ukryty gdzieś pomiędzy grymasami i czytelny tylko dla tych, którzy widzieli w życiu wiele cierpienia. Kilkanaście metrów od nich stał młody czarnoskóry policjant, który niecierpliwie przebierał z nogi na nogę i rozglądał się w obie strony drogi, jakby kogoś oczekiwał.

Widok ten dla staruszka był groteskowy i abstrakcyjny. Przez chwilę myślał, że kręcą jakiś film, toteż zatrzymał się na chwilę i bacznie przyglądał całej scenie. Zdjął grube okulary i przetarł je delikatnie koszulą, by lepiej widzieć. Jednakże po założeniu ich z powrotem, nadal nie dostrzegał żadnej ekipy filmowej i kamer, toteż ruszył powoli nie bacząc już na to, że wpakuje się nieproszony na plan.

Mężczyzna na moście dostrzegł staruszka, a jego oczy przybrały jeszcze smutniejszy i zawiedziony wyraz. Starszy mężczyzna poczuł się jak nieproszony gość, jednakże to była jedyna możliwa droga, by mógł wrócić do domu.

– Przepraszam, dzieje się coś? – podszedł niepewnie do policjanta i zapytał.

– Dwójka samobójców. Albo przynajmniej jeden, ten mężczyzna. – Dwayne wskazał palcem Roberta, tak jakby na moście było kilku mężczyzn. – Proszę nie przeszkadzać i udać się w swoją stronę.

– Czy mogę jakoś pomóc? – zapytał delikatnie dziadek.

– Nie wydaje mi się.

Dwayne chwycił staruszka pod ramię, jakby chciał go odprowadzić, jednakże szybko zrezygnował. Przez chwilę pokręcił się w miejscu i odwrócił z powrotem do Roberta i Anny, by nie stracić ich z oczu.

– Nazywam się William Patrick Crick, panie policjancie – wypiął dumnie pierś na tyle, na ile pozwalał mu chory kręgosłup. – Myślę, że mógłbym porozmawiać z tym człowiekiem i przemówić mu do rozsądku.

– Obecnie czekamy na przyjazd psychologa. Myślę, że to najle—

– Mój syn popełnił samobójstwo! – krzyknął Crick i lekko zakasłał, gdyż jego stare struny głosowe nie były przyzwyczajone do takiego wysiłku. Kilka odkaszlnięć wydawało się je oczyścić z pajęczyn. – Prawie pół roku temu!

Robert odwrócił głowę i przyjrzał się uważnie staruszkowi. Był to kościsty, lecz postawny siedemdziesięcioparolatek, który poprzez grube szkła okularów patrzył mu prosto w oczy, mimo że był dobre kilka metrów dalej. Plamy wątrobowe cętkowały całą jego twarz, najbardziej uwidaczniając się na przerzedzonej łysiną czaszce, na której gęstsze partie siwych włosów zachowały się jedynie nad uszami. Spodnie miał nieco przykrótkie z wciągniętą w nie koszulą, co dla Roberta było cechą charakterystyczną dla każdego poczciwego staruszka. Sympatycznego wyglądu dodawały mu także szelki, które od razu przywodziły Robertowi na myśl własnego dziadka. Jego dziadek, ojciec ojca, nosił szelki ze względu na raka, którego nabawił się pod koniec życia. Schudł tak, że każde spodnie sprzed choroby wymagały dodatkowego podwieszenia.

Robertowi zrobiło się ponownie przykro. Jak zwykle.

– Mój syn powiesił się 23 marca tego roku – kontynuował Crick. – Wiesz jaką przykrość sprawił tym swojej rodzinie? Do dziś nie mogę się z tym pogodzić.

– Ja już nie mam rodziny – skwitował Robert. – Nie chcę z nikim innym rozmawiać, prócz tej kobiety.

– A więc tu cię boli. – Crick uniósł triumfalnie rękę w górę, jakby właśnie go rozgryzł. – Samotny człowiek w swoim bólu, praca do kitu, brak miłości i spełnienia. Czasem może się wydawać, że wybór jest dokonany. Nigdy jednak nie ma przekreślonej drogi z powrotem, nawet jeżeli powrót miałaby trwać całe życie.

– A co pan o mnie może wiedzieć? – Robert zmarszczył brwi.

– Nic. Nie wiem zupełnie nic – zadumał. – Ale chętnie się z tobą na życia zamienię. Jesteś młody, silny. Tyle pozostało do przeżycia.

– Każdy ma swój czas i wykorzystuje go jak może – odparł Robert, nie wiedząc co powiedzieć.

– Mój został skrócony, o dużo za dużo – westchnął Crick. – Od pół roku walczę z rakiem. Został mi najwyżej rok. A czuję jakbym mógł dość do setki!

– Przykro mi to słyszeć. Mój czas też został skrócony, ale na własne życzenie.

– Możesz żyć, ale nie chcesz. Ja nie mogę żyć, ale chcę. To ci dopiero ironia losu.

Z rozmowy wyrwał ich warkot samochodu. Od strony parku nadjechał stary pomarańczowy Dodge z nieco startym od piasku lakierem. Zahamował tuż przy radiowozie z piskiem, jednakże nie opon, lecz klocków hamulcowych. Ze środka wysiadła zadbana i młoda blondynka, która tylko w jeden pokrętny sposób pasowała do pojazdu – wyglądali jak piękna i bestia.

– Kogoś ładnie popierdoliło, żeby mi kazać takim gratem jechać – rzuciła arogancko do policjanta. – Ty jesteś Dwayne Murphy? Jestem Laura Sanders, znamy się chyba ze słyszenia.

– Tak. Miło mi. – Wymienił z nią delikatny uścisk ręki i wskazał palcem na Roberta. – To tamten.

– A ta kobieta?

– Rozmawia z nim, próbuje go odwieść od skoku.

– Nieźle – rzuciła. – Ktoś odwala moją robotę. Sam tu jesteś? Gdzie jest twój partner?

– Wypełnia od rana protokoły. Było kilka morderstw w nocy, wszyscy mają pełne ręce roboty.

– No tak, mówili w radiu. Ile ofiar?

– Dużo. Chyba pięć. Być może to ten sam sprawca.

– To dość niepokojące. W takim małym mieście rzadko zdarza się coś takiego.

– Słyszałem, że masz doświadczenie ze skoczkami, to prawda? – zapytał Dwayne z nieskrywanym zaciekawieniem, jakby właśnie poznawał kogoś sławnego.

– Miałam dwa latawce. Ale spławika żadnego.

– To znaczy?

– Oboje skakali z budynku, a ten tutaj chce do wody.

– Uratowałaś ich?

– Można tak powiedzieć. Zagadałam ich na tyle długo, że musieli skoczyć na strażacki materac – odparła i wskazała palcem w stronę rzeki. – Tutaj, jak widzisz, to raczej niemożliwe.

Dwayne stał jeszcze bardziej skołowany. Laura odwróciła się na obcasie w stronę barierek i ruszyła pewnym kobiecym krokiem do Roberta. Szła z gracją i zmysłowością, Robertowi przypominającą nieco sekretarkę–kusicielkę, która pochyla się za nisko po upuszczoną kartkę, aby zwrócić uwagę szefa. Jej życie mocno się od tego nie różniło. Część swojej kariery obeszła skrótem, korzystając niejednokrotnie ze swojego atrakcyjnego wyglądu. Była idealnym przykładem na potwierdzenie teorii, że piękni mają w życiu łatwiej – a zwłaszcza kobiety. Zdawała sobie z tego całkowicie sprawę i używała wszystkich możliwych kobiecych chwytów, byleby zajść jak najwyżej, póki jest młoda i atrakcyjna. W miarę starzenia, chciała osiąść na wygodnej mieliźnie i pozostać tam nienaruszona w dobrobycie, który wypracowała sobie za młodu. Wiedziała, że ma to niewiele wspólnego z godnością i szacunkiem do samej siebie, jednakże profity wynikające z takiego zachowania przyćmiły wszelkie wyższe wartości.

Robert zmrużył oczy, by jej się przyjrzeć z daleka i dobrać odpowiednią reakcję. Sytuacja już dawno zaczęła się wymykać spod jego kontroli, co wcale nie było dla niego nowym doświadczeniem życiowym. Nawet samobójstwo, które skrupulatnie zaplanował, był w stanie spieprzyć niczym rasowy życiowy nieudacznik.

Laura miała blond włosy spięte w zalotną kitkę, dyndającą jak wahadło napędzane swobodnym nonszalanckim krokiem. Jeden niesforny kosmyk włosów, który nie dał się spiąć gumką, opadał jej na policzek. Miała mocne rysy twarzy, wręcz wyciosane. Odpowiedni makijaż jednakże przeobrażał te ostre krawędzie w piękną i spójną buzię z charakterem. Komponującym się z całością dodatkiem były okulary z grubymi, czarnymi oprawkami, nadającymi znamiona inteligencji. Jej jasnoniebieskie oczy wiały chłodem i zyskiem.

Była zbyt pewna siebie – takie osoby go przerażały. Bez problemu mogła narzucić mu swoje zdanie, zgnieść, zdeptać i wypluć. To przez takie osoby siedział właśnie na barierce mostu.

– Posłuchaj, nie musisz tego robić – powiedziała czule, lecz sztucznie. Dla Roberta zabrzmiało to jak wyuczona formułka. – Porozmawiajmy.

– Zdaję sobie sprawę z tego, że nie muszę, aż taki głupi nie jestem – rzucił jej arogancko. – Ale za to chcę.

– Przykro mi, że zdecydowałeś się na tak drastyczny krok – mówiła bez zająknięcia, bacznie mu się przyglądając. – Ale czy nie warto tego przemyśleć? Możemy przeanalizować wszystkie alternatywne rozwiązania razem.

– Nie chcę z tobą rozmawiać.

– Pozwól sobie pomóc.

– Powiedziałem, że nie chcę z tobą rozmawiać. Tak trudno to zrozumieć? Mam kogoś lepszego do rozmowy. Kogoś kto chce mi naturalnie pomóc, a nie dlatego, że musi i mu za to płacą – odparł stanowczo.

– W porządku, w porządku – powiedziała Laura robiąc krok do tyłu. – To czy ja mogę w takim razie posłuchać? Chciałabym poznać twoją historię, wtedy z pewnością będę mogła coś doradzić.

– Nie obchodzą mnie twoje rady. Nie chcę ich słuchać. Jeżeli chcesz, bym rzucił się już teraz, to śmiało gadaj dalej. – Robert gestykulował agresywnie. – Chcesz mnie wkurzyć swoimi wymuszonymi próbami niesienia pomocy? Dobrze ci idzie! Już raz powiedziałem, że nie chcę z tobą rozmawiać i nie mam zamiaru się powtarzać!

Laura stała jak wryta z szeroko otwartymi oczami. Jej pewna siebie poza lekko zwiotczała.

– Jeżeli—

Chciała coś powiedzieć, ale przerwała. Robert zszedł na drugą stronę barierki i przechylił się całym ciałem w stronę rzeki, by pokazać, że jest bliżej skoku niż pozostania na moście. Jednym gestem, który dotarł do wszystkich, zaprezentował bez wahania swój wybór.

Anna zasłoniła usta z przerażenia. Dwayne nabrał powietrza w płuca i zamarł. Chciał zacisnąć oczy ze względu na obawę przed koszmarami przez resztę życia, jednak pozostawił je przymrużone, gdy wygrał naturalny odruch ciekawości. Crick cały zbladł i zacisnął ze stresu pięści, a jedyny posmak czerwieni pozostał mu na drżących policzkach.

Robertowi wydawało się, że całe otoczenie zastygło, oczekując biernie na dalszy przebieg jego gestu rozpaczy. Z ulgą zdał sobie sprawę, że zadziałało. Szczując ich swoim życiem mógł wywierać wpływ, gdy jego prośby i wymagania nie były spełniane. Jednakże z drugiej strony poczuł się jak bezradny idiota, który musiał korzystać z ekstremalnych zachowań, by jakkolwiek dotrzeć do ludzi.

Spadł we własnych oczach jeszcze niżej, na poziom tych wszystkich, których nienawidził. Po tej myśli zwolnił nieco uścisk na barierce, jednak przed całkowitym puszczeniem powstrzymał go brak odwagi. Wiedział także podświadomie, że musi dokończyć historię, wszystko wyjaśnić i ostatecznie zamknąć rozdział w poczuciu, że jest jak w pełni napisana powieść.

Podciągnął się z powrotem i odzyskał równowagę. Postanowił jeszcze nie siadać.

– Zamkniesz się? – zapytał z podłym szaleństwem w głosie. Całe życie czekał na moment, w którym będzie mógł kontrolować sytuację. Iskra niepoczytalności zabłysnęła w jego czerwonym od przeżyć oku.

– Zamknę się, jeżeli coś mi obiecasz – powiedziała Laura cichym drżącym głosem. – Postoję sobie tutaj i pozwolisz mi posłuchać o czym mówisz.

– Żartujesz sobie? Warunki mi stawiasz?

– Proszę cię. Chciałabym cię poznać. Na pewno warto.

Coś w nim drgnęło. Trafiła w czuły punkt, z czego zdawał sobie w pełni sprawę. Pozwolił się połechtać, nawet jeżeli miało to być sztuczne i wyuczone. Rzadko kiedy spotykał się z tym w codziennym życiu, toteż nawet namiastka zainteresowania sprawiała, że poczuł się ważny.

Usiadł na barierce z powrotem.

– Dobrze – powiedział z odrobiną łaski.

Teatr należał do niego.

– Napisałeś list pożegnalny? – padło z ust Anny po długiej grobowej ciszy.

Gdy Robert spojrzał jej w oczy, cały świat dookoła nagle przestał go obchodzić. Siedziała spokojna jak zawsze. Jej spojrzenie płonęło ciepłym zrozumieniem, którego nigdy tak mocno nie doświadczył.

– Nie przejmuj się nimi, rozmawiaj ze mną – powiedziała łagodnie. – To co z tym listem?

A teraz podziel się, nie bądź świnka!