W czasach gdy przeciętna gra zajmowała jedną płytę CD, BioWare stworzyło tytuł na pięciu krążkach, przez co większość knypków za grę buliła u pirata tyle, ile kosztują obecnie oryginały. Ale wystarczyło dorzucić wtedy parę dyszek i otrzymywało się najlepszy cRPG, który wchłaniał każdego, kto potrafił czytać ze zrozumieniem.

Seria Baldur’s Gate na świecie zasiała zajebistość w 1998 roku, ale na polską premierę trzeba było czekać sześć miesięcy, aż do 1999 roku ze względu na obfity przekład, który do dziś pozostaje jednym z obszerniejszych w polskiej grymatografii. Z kolei w Baldur’s Gate II do przetłumaczenia było jeszcze więcej, ale polska wersja pojawiła się już po trzech miesiącach od światowej premiery. Lecz każdy kto grał w jedynkę wie, że były to trzy miesiące siedzenia na szpilkach.

Jeżeli można uznać, że pierwsza część urywała dupę, to dwójka rozszarpywała ją młotem pneumatycznym, a wnętrzności rozmazywała po okolicy. Jeżeli przesadziłem, to niewiele. Do dziś chodzę jakiś taki spięty, bo nic lepszego gatunek cRPG mi nie zaoferował.

Jednym z głównym tego powodów może być fakt, że byłem młody, brzydki i podatny na oranie sobie wyobraźni przez płaskie bitmapy, hektolitry tekstu i niską rozdzielczość monitora CRT. I żaden Skyrim czy inny Mass Effect nie wywoła u mnie takich samych emocji, chociaż obie te gry były zacne.

„Nabij mi się na miecz nikczemniku, póki możesz! Bo ja taki dobry nie będę!”

Baldur’s Gate II to wydane w 2000 roku arcydzieło, dzięki któremu nawet po 13 latach od premiery potrafię zapłakać nad swoim losem, że doba nie ma czterdziestu ośmiu godzin, ponieważ chętnie przeszedłbym całość ponownie, gdybym tylko znalazł na to czas. Na Baldur’s Gate II można było poświęcić całe wakacje, całymi popołudniami trzepiąc zadania poboczne i wywracając do góry nogami jaskinie, lasy i podziemia. Sam główny wątek fabularny do ukończenia wymagał 60 godzin łupania. Ale kto przy zdrowych zmysłach wchłaniałby się w grę tylko po to, by pyknąć zaledwie główny wątek? Przejście całej gry wyrywało z życiorysu 300 godzin. To jest 12,5 dnia ciągłego grania. To jest 50 popołudni po 6 godzin rąbania. To są, proszę państwa, całe wakacje. Żadna obecnie wydawana popierdółka nie może pochwalić się podobnym wynikiem.

Seria Baldur’s Gate, jak większość cRPG ze stajni BioWare, oparta jest na systemie Advanced Dungeons & Dragons, co w praktyce oznacza, że cała mechanika gry jest oparta na podręcznikowym (dosłownie!) przykładzie jak powinien wyglądać świat fantasy. Wszystko jest dojrzałe, spójne i daje wrażenie autentyczności, co niestety rzadko udaje się we współczesnych produkcjach z czarodziejami, krasnoludami i orkami.

Streszczać fabułę Baldur’s Gate II to jak opisać w dwóch zdaniach relacje postaci w „Modzie na Sukces”, dlatego też napiszę tyle, że trzeba sklepać pewnego maga-gnoja Jona Irenicusa, który zapragnął wyssać boską moc z naszej postaci i przekazać ją sobie. Natomiast to co pomiędzy, zaś i w trakcie jest pełną przygód podróżą, od której oderwać może tylko łzawienie oczu, potrzeby fizjologiczne, sen i głód. A po ukończeniu przygody, mimo zmienionej pory roku za oknem, przemęczony gracz odczuwa pustkę, jakby nagle skończył się jego ulubiony serial. Próżno szukać podobnych emocji w dzisiejszych grach, gdzie wszystko podane jest na tacy i nie potrzeba wysilać wyobraźni.

„Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.”

Od strony technicznej gra prezentowała się co najwyżej dobrze, ale w zaskakujący sposób stanowiło to pokrętną zaletę. Brak wodotrysków i upiększeń sprawiał, że wyobraźnia pracowała na podwójnych obrotach porównywalnych z tymi, które mają miejsce przy czytaniu świetnej książki. Bo to właśnie fabuła, świat i mechanika rozgrywki grały pierwsze skrzypce. A skoro już jesteśmy przy instrumentach muzycznych, to koniecznie trzeba wspomnieć również i wspaniałą ścieżkę dźwiękową, którą skomponował niemiecki kompozytor Michael Hoenig. Dorzuca ona swoje trzy grosze do krain Baldura, dopełniając tym samym dzieło klimatycznie idealne. Dziś sama gra wygląda odstraszająco, zwłaszcza na tle obecnych interaktywnych pożeraczy czasu (vide Skyrim). Jest i była diabelnie trudna, a także miała parę irytujących błędów. Kto musiał zbierać każdego członka drużyny z różnych części mapy gdy nie mogli znaleźć ścieżki do danego punktu, ten wie.

Niemniej, jest to jedna z najlepiej ocenianych gier na PC wszechczasów, co potwierdzić mogą serwisy GameRankings oraz MetaCritic. Całkiem niedawno, bo pod koniec 2012 roku, została wydana odświeżona wersja jedynki – Baldur’s Gate: Enhanced Edition, która poprawia grafikę, interfejs oraz wiele błędów pierwowzoru. Na horyzoncie maluje się również odnowiona dwójka. Premierę ma mieć jeszcze w tym roku.

Obiecuję sobie, że jak będę na spokojnej emeryturze (co łaska), to znów zabiorę się za Wrota Baldura. Znów wścieknę się na Irenicusa, znów zakocham się w Imoen. I będę pamiętał, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!