Co się działo dalej tej nocy?

Poczułem jakby jakiś dziwny obłęd się we mnie wkradł. Mdłe przeświadczenie, że to ostatnia noc mojego bytu. Tak jak innym wkrada się niepokój przy tęsknocie za promieniami słońca, tak i ja z nostalgią wciągnąłem w siebie otaczający mrok. Zaparłem dech, by dłużej delektować się ostatnim nocnym powietrzem i wypuściłem po dłużej chwili – jako obłok ostatniej cząstki człowieka we mnie.

Wraz z wydechem poczułem pewien rodzaj głębokiego smutku. Takiego, który idzie wraz z przekonaniem, że ten smutek nigdy nie zniknie. Podobny do tego, jaki się odczuwa przy złamanym sercu. Podobny też do tego, jaki się odczuwa po zabiciu człowieka.

A w zasadzie to oba są takie same.

Stałem tak przez chwilę i zwalczałem swoje obłąkanie. Całe otoczenie przemieniało mi się w sen, w którym mogę wszystko. Świat kurczył się do mojej perspektywy i dostosowywał do mojej wędrówki. Modelował się tak, jak sobie tego zażyczyłem.

Napiąłem mięśnie na klatce piersiowej, jakby dla podkreślenia swojej cielesności, która wciąż pozostawała przybita do ziemi, a następnie przekręciłem głowę i strzeliłem karkiem. Chciało mi się gwizdać. Po smutku naparła mnie duma, że w końcu coś poprawnie wykonałem, coś mi w życiu wyszło. Może takie właśnie było moje powołanie? Nie tłumiłem tej prześmiewczej myśli i ironizowałem ze sobą i z losem. Bawiłem się z bogiem. Spojrzałem na nóż trzymany w ręce i cicho parsknąłem na pomysł, że całkiem miły ze mnie facet, gdyby nie te okoliczności.

Sen rozpierzchł się wraz z przyjazdem na przystanek nocnego autobusu. Jak ja się tam znalazłem? Ocknąłem się z nożem w dłoni na wprost otwierających się z sykiem środkowych drzwi pojazdu. Wyraźne światło z jarzeniówek na suficie urealniało wnętrze, w porównaniu do mętnej atmosfery panującej na przystanku. Lekki podmuch wiatru uświadomił mi, że jestem zlany potem. Czułem jak schłodzona kropelka pełna soli wędruje po mojej skroni i zastyga na końcu policzka. Otarłem ją rękawem dłoni, w której trzymałem nóż i spojrzałem wprost na przyglądającego mi się pasażera. Była to, prócz kierowcy, jedyna żywa osoba w całym autobusie.

Mężczyzna niedaleko po trzydziestce przyglądał mi się badawczo, symulując nieco brak zaciekawienia. Krzątnął się na siedzeniu, tak jakby chciał odwrócić się do mnie plecami, ale było za mało miejsca. Wtedy drzwi zaczęły się zamykać.

Przecież to był mój autobus.

Nacisnąłem przycisk przy drzwiach i rozwarły się ponownie. Gdy przestąpiłem próg, autobus zwiększył obroty i ruszył niemrawo, ze znudzeniem. Stałem przez chwilę na środku podłogi i świdrowałem wzrokiem jedynego pasażera. Próbowałem dociec, czy może mi zaszkodzić i czy domyśla się więcej, niż powinien. Z kieszeni wyciągał powoli telefon komórkowy.

Ostry zakręt zmusił mnie do złapania się poręczy i usiadłem jedno miejsce za nim. Zaczęło do mnie docierać, że wejście do autobusu z nożem w ręce było najgłupszą rzeczą, jaką mogłem zrobić. Zakląłem pod nosem i złajałem się w myślach. Nie potrafiłem dochować podstawowych środków ostrożności i teraz niewinni będą przez to cierpieć.

Starałem się sobie uzasadnić własne czyny.

Przecież my, jako cywilizacja, nie mamy żadnych ambicji.

Długo ściskałem nóż w ręce. Miałem wrażenie, że zagłębienia w rękojeści powstały na skutek mojego zbyt mocnego chwytu, który rozpuścił materiał, a palce wtopiły się jak w plastelinę. Widziałem oczami wyobraźni jak ostrze przebija się przez wątły plastik siedzenia i spotyka się z ciepłym, drżącym ze strachu mięsem, któremu po głowie chodził zapewne podobny obraz.

Gdybym to zrobił, stałbym się jedynie zwykłym mordercą. Ale czy już nim nie byłem? Czy dwie ofiary na koncie nie czyniły mnie zwykłym psycholem z własną pokrętną ideologią, która miała na celu uspokojenie sumienia?

Wyobraziłem sobie mój pogrzeb. Zaledwie garstka osób z ulgą w oczach spoglądała na kartonową trumnę, plując i szydząc z rodu Harysów, ciesząc się, że sam wymierzyłem sobie karę. Szkoda tylko, że bez uprzednich tortur i cierpienia. Jedyne kwiaty, które pojawią się na pogorzelisku mojego bytu będą od zakładu pogrzebowego, który dla zachowania formalności umieści kilka czarnych róż tuż pod tabliczką „Robert Harys, seryjny morderca”. Z mojej rodziny nikt się nie pojawi. Zarówno ze wstydu, jak i z psychicznego wyparcia, że moje truchło miało z nimi kiedykolwiek coś wspólnego. Ktoś jedynie szepnie, że taki był cichy i porządny, że wystarczyło go wysłuchać.

Ale miałem to gdzieś. Zależało mi jedynie, by moja Alice żyła w błogiej nieświadomości kim stał się jej prawdziwy ojciec. I miałem zamiar tego dopilnować.

Pogodzić się ze swoimi wyborami jest trudno. Podjęcie decyzji często bywa lekkie, bez głębszego przemyślenia. Ale to z jej konsekwencjami musimy dalej żyć. Z tym ciągłym zadawaniem sobie pytania – czy postąpiłem słusznie? Czy tak właśnie chciałem, by to wszystko wyglądało? A odpowiedź jest często przecząca. Nie, wszystko poszło nie tak.

Czy wtedy właśnie tak myślałem? Nie. Czy teraz tak myślę? Owszem. Gdybym mógł, cofnąłbym wszystko. Cofnąłbym całe swoje życie do samego początku. Nie pozwoliłbym mojemu bratu zginąć w wypadku i nie pozwoliłbym ojcu złamać mi ręki. Matki nie oddałbym do zakładu psychiatrycznego, ponieważ była to jedyna osoba, która tak naprawdę mnie w życiu kochała. Kochała mnie nawet wtedy, gdy nie pamiętała już mojego imienia i mogła się skoncentrować zaledwie na kilka sekund.

Wszystko potoczyło się inaczej niż powinno. Mam wrażenie jakby całe moje życie ułożone było w scenariusz, który miał z góry napisane zakończenie. Nie będę tłumaczył się ze swoich decyzji. I tak każdy oceni mnie na swój sposób. Nie związany z tym co mówię, ale z tym, co zrobiłem.

Liczą się czyny, nie słowa.

Mam nadzieję, że nie znajdę naśladowców. Chcę być… chciałbym być tą jedyną wypaczoną jednostką, która swoim cierpieniem zniszczyła życia innych ludzi. Szaleńcem, który szukał idei w morderstwach. Człowiekiem nie mającym nic do stracenia, ponieważ zadecydował już o końcu własnego życia.

Każdy z was chciałby wymierzać sprawiedliwość po swojemu. To jest jedno z wewnętrznych pragnień ludzkich, które powinno być najmocniej trzymane w ryzach. Mnie się nie udało. Weźcie ze mnie przykład, uczcie się na moich błędach. Być może kiedyś usiądziecie w wygodnym fotelu, rozłożycie zmęczone po pracy nogi i westchniecie w głębi ducha – „jestem znacznie mądrzejszy dzięki Robertowi Harysowi”.

Pasażer zatrzeszczał siedzeniem.

– Lepiej, żebyś schował telefon i zapomniał to, co widziałeś – przemówiły za mnie resztki rozsądku.

Mężczyzna lekko drgnął, jakbym słusznie zwrócił mu uwagę. Powoli schował telefon komórkowy do kieszeni, nieco afiszując swój gest. Jestem pewien, że w wyobraźni widział mnie z nożem przy jego karku. Uznał, że najrozsądniej będzie podporządkować się moim słowom.

Czułem jego strach. Widziałem jego strach. Słyszałem jego strach. Unosił się jak para wodna w saunie, mgląc obraz przed oczami. Miał zapach słodkiego, zimnego potu.

Myślę, że po spotkaniu ze mną zacznie jeszcze bardziej szanować życie.

Jechaliśmy kilkanaście minut, on ani drgnął. Bał się, że jakikolwiek jego ruch będzie wystarczającą prowokacją, by przebić oparcie i dostać mu się do narządów wewnętrznych. Od czasu do czasu widziałem w szybie jego przerażone odbicie, gdy lustro zastępowało okno podczas mijania latarni. Wiedział, że go obserwuję i nie odwzajemniał spojrzenia.

A za oknem, rozpościerał się czarno–szary pejzaż dwustutysięcznego miasta, które na dobrą sprawę nie miało do zaoferowania nic, prócz galerii handlowych i Aquaparku. Rytmiczne mignięcia kolejnych lamp były kojące i idealnie dopasowywały się do warkotu silnika, który swoje najlepsze lata miał daleko za sobą. Wrzucanie kolejnych biegów i ich redukowanie stanowiło przyjemne mruczenie, podobne do kołysanki. Z minuty na minutę zieleń przeobrażała się w beton. Pojedyncze drzewa i domy jednorodzinne zastępowane były przez wysokie apartamentowce i bloki. Żółty blask latarni zakłócany był przez rosnącą ilość krzykliwych neonowych reklam i reflektorów przejeżdżających na drugim pasie samochodów. Nieśmiałe, pojedyncze światła w oknach budynków zwiastowały imprezy lub bezsenność.

Myśli uciekały mi w stronę Alice. Wydzielona w moim umyśle przestrzeń na jej osobę była świątynią ze złota. Rozkosznym azylem otoczonym grubymi, solidnymi murami. Przypomniała mi się jej ulubiona bajka, którą opowiadałem jej wielokrotnie do snu. Piękna utopijna historia, której bohaterem był rycerz Igor, który zasłynął z odwagi oraz męstwa i został mianowany prawą ręką króla.

– Tato, tato – zapiszczała Alice, biegnąc z wielką książką przytuloną do jej piersi. Tak naprawdę książka nie była wielka, ale taka się wydawała przy drobnej sześcioletniej dziewczynce. – Opowiedz, proszę!

Jej rączki podsunęły mi pod oczy obrazkowy tomik z kilkunastoma stronami. Pokazała mi ją z tak bliska, że musiałbym zrobić zeza, by dostrzec co jest na okładce. Ale dobrze wiedziałem o jaką opowieść jej chodzi. Mimowolnie się zaśmiałem, odstawiając wszystkie zmartwienia na bok. Zawsze chętnie je wymieniałem za promień jej uśmiechu, który za każdym razem pokazywał inną ilość zębów.

Usiadła koło mnie i otworzyliśmy pierwszą stronę. Całą historię znała już dawno na pamięć, ale często starałem się dodawać coś od siebie, by brzmiała inaczej.

– A kto to jest? – zapytała stawiając palec na młodym chłopaku z pierwszego obrazka. Pierwszy plan przestawiał rycerza, jego konia i kilka rozanielonych kobiet machających chustami na jego cześć. Na drugim planie były mury rycerskiej stajni, wraz z parobkiem ze szczotką w ręku.

– To Jessie, pomocnik rycerza. Bez niego koń nie był by tak pięknie uczesany, a zbroja rycerza by tak nie lśniła – zaimprowizowałem. – To bardzo ważna postać, chcesz usłyszeć jej historię?

– Taaak! – zakrzyczała Alice i zaczęła wiercić ze zniecierpliwienia.

– Jessie był biednym i nieporadnym chłopcem, lecz jego marzenia sięgały bardzo wysoko. Zawsze chciał być rycerzem, takim jak Igor, ale nie pochodził z tak bogatego i poważanego rodu. Jego sakiewka ciągle była pusta. Większość talarów, jakie zarobił przy pracy w stajni, oddawał chorej matce, a resztę zabierał mu ojciec pijak, który regularnie co tydzień okradał jego skarbonkę. Bardzo niedobry człowiek.

– A co to talar? – Wgapiła się we mnie.

– Pieniądze. Tak jak dolary. No dobrze, niech będą to dolary.

– Dolary – powtórzyła za mną.

– Oprócz braku dolarów i dobrego rodowodu, w staniu się rycerzem przeszkadzała mu blizna, którą miał na policzku. Tutaj na obrazku jej nie widać, bo jest po drugiej stronie twarzy. Miał kiedyś rozcięty policzek, i teraz, od skroni aż po brodę, miał ślad, który przypominał mu o tym, jak spadł z konia podczas wygłupów i złudnych nadziei, że też potrafi jeździć z taką gracją jak rycerz Igor.

– Bolało go? – dociekała Alice.

– Trochę. Ale blizna odbierała mu pewności siebie i sprawiała, że był małomówny i chodził ciągle z opuszczoną głową. Nie mógł uwierzyć, że może się komukolwiek podobać i cały czas myślał, że wszyscy się z niego nabijają.

– Wszyscy? – chciała się upewnić.

– Wszyscy, którzy go lepiej nie znali – odparłem.

– To smutne. To tylko blizna – powiedziała Alice marszcząc czoło.

– No właśnie. Tak samo mówiła mu jego koleżanka, która usługiwała księżniczce rycerza. A tak naprawdę podkochiwała się w nim i nie wiedziała jak mu to powiedzieć.

– A ty kochasz mamę? – zapytała, znów wgapiając się ciekawsko we mnie. Czułem jak każdy mój impuls i gest jest trawiony przez jej świadomość.

– Oczywiście, że kocham.

– I jest twoją królową?

– Tak. A ty moją księżniczką. – Pocałowałem ją w czoło, a Alice odwdzięczyła mi się uściskiem mojego ramienia. Była tak drobna, że tylko moje ramię mogła objąć w całości. – Swojego księcia też kiedyś spotkasz – dodałem. – Pewnie będzie taki jak ten rycerz, bo zasługujesz na takiego.

– Wolałabym tego z blizną – opowiedziała z pełną powagą. – Ten rycerz jest jakiś taki zarozumiały i nadęty. Taki dupek.

– Alice! – skarciłem.

– Przepraszam – wyszczerzyła się w uśmiechu i zasłoniła teatralnie usta.

Poczułem dumę.

– Proszę, nie rób mi krzywdy. Chciałbym tu wysiąść – powiedział pasażer przede mną drżącym głosem.

Przerwał mi wizję. Rozszarpał baśń swoim przykrym strachem, która wymalowała na mojej duszy chwilę spokoju zastępującą długi sen. Kamień przygnębienia znów spadł na moje serce.

– Mogę ci zaufać, że nikomu nie powiesz?

– Oczywiście. Mnie tu nie było.

– W porządku, idź – ponagliłem.

Wiedziałem, że przez długi czas nie będzie siadał odwrócony plecami do kogokolwiek w autobusach. Przypadkiem spojrzeliśmy sobie w oczy, gdy wstawał. Od razu opuścił wzrok i zauważyłem po jego ekspresji, że żałuje. Nie wiem czego, ale jego napięta twarz wyrażała ujmujący, ogromny żal.

Chwilę po syknięciu zamykanych za nim drzwi wyciągał z kieszeni telefon.

Ludziom nie można ufać.

Uznałem, że trzeba wysiąść na kolejnym przystanku i resztę trasy pokonać na piechotę. W zasadzie to mogłem jechać do samego końca, jako że pasażer nie wiedział gdzie wysiadam, ale policja mogła mnie dorwać w autobusie. Wolałem nie ryzykować i wysiadłem jakiś kilometr dalej.

Chłodny nocny wiatr owiał mi twarz i przywrócił poczucie misji. Oklepałem się dookoła, sprawdzając czy nóż jest na swoim miejscu za pasem, i czy latarka i rękawiczki znajdują się nadal w tylnej kieszeni. Lekko poprawiłem ostrze, by lepiej leżało, a następnie wymacałem z tyłu skórzane rękawiczki. Spoczywały tam nienaruszone.

Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że zabiłem starego Lestera bez nich i dokładnie obejrzałem swoje dłonie. Lewa była w porządku, ale prawą zdobiły cętki zaschniętej krwi, która również znalazła się pod paznokciami. Wzdrygnąłem się z obrzydzenia. Jak mogłem zapomnieć je założyć?

Latarki również nie było. Musiała mi w którymś momencie wypaść, być może nawet zostawiłem ją w autobusie. Jedyne, co wyraźnie pamiętałem, to momenty morderstw, wszystko inne było mdłe i niejasne, zupełnie jakbym był pod wpływem alkoholu. Ale czy naprawdę to wszystko się stało? Czy zabiłem dwie osoby?

Jeszcze raz przyjrzałem się swojej prawej dłoni i koszuli. Tak, to byłem ja. To się wydarzyło.

– Skup się – wymamrotałem.

Ale po chwili zreflektowałem się, uznając, że mówienie do siebie nadaje wagi słowom dla ludzi, których myśli są płytkie. Tak robiła moja matka.

Rozejrzałem się dookoła, by ustalić swoją pozycję. Byłem tu drugi raz w życiu, pierwszy raz w nocy. Po zmroku wszystko wygląda inaczej. Nierealnie, obco, ponuro. To gdzieś tutaj zabraliśmy Alice do chirurga, gdy przewróciła się na rowerze i złamała rączkę.

– Ja też mam bliznę, tato. Tak jak ten chłopiec – powiedziała Alice.

I ja też miałem bliznę, po tym jak ojciec mi złamał rękę.

– Skup się. – Zacisnąłem dłonie na skroniach.

Stałem ciągle na przystanku. Na jego odrapanym słupie widniała kartka:

CIAŁO DO WYNAJĘCIA

Dzwoń. Samantha.

Poznałem kiedyś jedną Samanthę. Była kelnerką w nocnym barze „WatchGod”, w którym lubiłem topić smutki po rozwodzie. Sam rozwód trwał krótko, dwa miesiące oczekiwania, trzydzieści cztery minuty rozprawy. Moje topienie smutków trwało pół roku. I trwałoby nadal, gdyby nie Samantha.

– Nie pasujesz tutaj – powiedziała do mnie kiedyś podając mi kolejnego drinka.

– Ty również – odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą.

Oboje rozejrzeliśmy się po lokalu pełnym wytatuowanych Harleyowców w przetartych skórach i wychudłych ćpunów, którzy alkoholem zabijali głód narkotykowy. Dym papierosów wypełniał każdy zakamarek, dając uczucie sennego odrealnienia.

– Ale tutaj mam najbliżej – dodałem.

– Kobieta? Rozwodnik? – zapytała, uważnie mi się przyglądając.

– Rodzina. Tak, rozwodnik.

– Rozpoznałam od razu. Znam ten typ. Przychodzi sam, siada przy barze jak duch. Wypija kilka drinków lub piw, ale nigdy się nie upija na umór. Zazwyczaj patrzy w szklankę i bawi się płynem, przechylając ją w różne strony. Płaci bez słowa i wychodzi.

– Masz mnie – odpowiedziałem siląc się na uśmiech.

– A ja? Dlaczego według ciebie tutaj nie pasuję? – zapytała i zaczęła wycierać świeżo umyte kufle.

– Zapewne starasz się dorobić tutaj trochę i rzucić to w cholerę. Pójść dalej, realizować swoje plany. Jesteś drobna, spokojna. Pijackie podrywy zbywasz nieśmiałym uśmiechem – wyjaśniłem spijając łyk najtańszej whisky ze szklanki. – Zapewne, podobnie jak ja, nie takie życie sobie wyobrażałaś.

– Już dawno przestałam sobie wyobrażać własne życie. Staram się czerpać z tego co mam.

– No to ja, jak widać, czerpię z tego oto drinka. – Przechyliłem szklankę i miedziany płyn zawirował po ściankach. – To pomaga pogodzić się z teraźniejszością. Pomaga znieść fakt, że jest się innym od reszty.

– Myślę, że każdy czuje się nieco inny od reszty.

Pod ladę, ze stukotem kowbojskich obcasów, zawędrował zarośnięty mężczyzna. Pomachał dziesięciodolarówką i zamówił dwa piwa.

– A gdybym ci powiedział, że zamierzam zrobić coś głupiego i strasznego? – zagadałem znów, gdy wróciła do wycierania kufli.

– To raczej kobiety po rozstaniach robią głupie i straszne rzeczy – powiedziała szorstko. – Faceci upijają się w samotności i użalają nad sobą, kobiety natomiast zachowują się jak spuszczone ze smyczy. Starają się udowodnić sobie ile są warte i robią to poprzez puszczanie się na prawo i lewo.

– Starasz się mnie pocieszyć?

– Mam kilka koleżanek rozwódek – odparła sucho, ale wysiliła uśmiech.

– Jesteś kobietą, nie powinnaś być przeciwko swojej płci. To dość niespotykane – uznałem z nieukrywanym zdziwieniem.

– Nie cierpię kobiet. I dlatego jestem lesbijką – zaśmiała się pokazując wybielone proste zęby. – To jak? Kogo chcesz zabić?

A teraz podziel się, nie bądź świnka!