– Czy kiedykolwiek skrzywdziłeś celowo jakieś zwierzę bez żadnej przyczyny? – Grubawy psychiatra ze znużeniem notował kolejne odpowiedzi i nanosił je na coś, co przypominało kartę pacjenta. Tyle to i Łukasz potrafił zrobić.

– Nie.

– Czy szybko wpadasz w gniew? Masz niespodziewane ataki furii?

– Nie… chociaż… czasami. Ale pan napisze, że nie.

– Mhm. Czy czujesz się prześladowany?

– …

Gabinet był ogromny w porównaniu do tego u zamiejscowego doktorka, przez którego tutaj trafił. Wszystko kolorystycznie dopasowane. Wszystko czyste, sterylne i odpicowane. Łukasz porównując psychiatryczne biurko do swojego poczuł się nieswojo. Zupełnie jak ktoś wyobcowany w świecie, w którym będzie tylko obiektem drwin i krzywych spojrzeń. Wiedział bowiem, że nigdy nie doczeka się swojej komnaty i garniaka za cztery średnie pensje. Psychiatrów zawsze wyobrażał sobie inaczej. Po głowie chodził mu stereotyp wysokiego okularnika w fartuchu z inteligentnym i przenikliwym spojrzeniem i nieco przygarbioną sylwetką. W jednej ręce trzymającego igłę ze środkami uspokajającymi, a w drugim kaftan bezpieczeństwa. Ten koleś przed nim był jednak biurową wersją wyobrażenia. Grubawy, sapiąco-dyszący wrak, który tylko wypełnia karty pacjenta i na podstawie kilku definicji wyrytych na pamięć stwierdza chorobę oraz wypisuje leki. W jednej ręce długopis-reklamówka, w drugiej kubek kawy. Zgodnie z przewidywaniami pokrywał się jedynie przenikliwy wzrok, który od czasu do czasu gardząco i z wyrzutem przeszywał Łukasza i dawał mu do zrozumienia, że jest zerem. Spojrzenie to było chyba najbardziej wyrazistą rzeczą spośród wszystkiego w gabinecie. Cała reszta zdawała się być wytarta z barw i pozbawiona ostrości. Krawędzie jego krzesła zmywały się z podłogą i małymi pęknięciami sunęły w stronę okna usytuowanego tuż za biurkiem. Popołudniowe światło padające na sylwetkę psychiatry dawało wrażenie boskości, niczym otoczony magiczną aurą Morfeusz zbierający żniwo w godzinach dziewiąta-piętnasta.

– Czy wiesz czego się boisz?

Niby odpowiadał, jednak bez swojej wiedzy i zgody. Tak jakby jego umysł podzielił się na dwie różne świadomości. Jedna wpatrująca się w coraz to nowe szczeliny w popękanych ścianach i podłodze, oraz druga – swobodnie rozmawiająca z przedstawicielem klasy wyższej.

Wpatrywał się tępo bez przekonania w roziskrzone smoliste źrenice, które we własnym idealnym świecie spisywały na papier jego psychikę.

– Od jakich narkotyków jesteś uzależniony?

Nad tym pytaniem zawisł tandetny długopis doktora Taszczykowskiego.

„Za dużo kawy, łapa ci się trzęsie.”

– Co powiedziałeś? – zmarszczył brwi.

„Ja to powiedziałem na głos, czy pomyślałem?”

– Co tam mamroczesz? Blady jesteś, wszystko w porządku? Czemu tak obsesyjnie patrzysz się na sufit?

Skojarzenie z matką poprzez mnogość pytań doktora było oczywiste. Wynikający z tego chwilowy przypływ negatywnej energii wywołał u kilku neuronów mózgowych wyprodukowanie nieokreślonej substancji chemicznej odpowiedzialnej za nienawiść i skłonności sadystyczne. Przed oczami Łukasza ukazał się przepiękny widok zdychającego w cierpieniu psychiatry, który stopniowo pozbawiany wszystkich kończyn wykrwawia się na śmierć.

Tymczasem z sufitowych pęknięć sypały się resztki tynku, a kawałki pokruszonych czerwonych cegieł spadały wprost na biurko. Cały gabinet psychiatryczny wyglądał jak gdyby miał się zaraz zawalić. Zarówno Łukasz, jak i doktor Taszczykowski zdawali się nie przejmować nadchodzącym zagrożeniem. Gdy jeden napawał się widokiem rozpadającej się szafy z psychiatrycznymi książkami, drugi bazgrał po kartce i rozpisywał charakter pacjenta na kartce A4.

W drodze powrotnej przeludniony autobus ledwo osiągał prędkość przeciętnego rowerzysty, a popołudniowe korki uliczne sprawiały, że co chwilę zatrzymywał się na światłach lub przed jakimś gamoniem, który za późno wrzucił bieg. Łukasz przyciśnięty do okna rozpamiętywał i analizował to, co niedawno zaszło w jego głowie. Nie czuł się chory psychicznie. Nie czuł się nawet w żadnym stopniu spaczony. W jego mniemaniu był idealnym okazem racjonalnego i logicznego charakteru opierającego się na faktach z niewielką domieszką skrywanych emocji. Gdyby otworzyć encyklopedię obrazkową pod hasłem „racjonalność” – powinna tam znajdować się jego morda.

Tak zanurzony w świecie swoich rozmyślań, wpatrywał się w szarą, nijaką przestrzeń, którą w przyjemne dni nazywa się pieszczotliwie niebem. Smród potu i starych ludzi unosił się statycznie w powietrzu, a tępe i zamulone twarze pasażerów wlepiały oczy w nicość. Zupełnie jak Łukasz. Jednak dla niego były to spojrzenia pozbawione jakiegokolwiek śladu przemyśleń. Jakby wszyscy wyłączali wszystkie procesy myślowe na czas podróży. Nie czując smrodu, ani nie przeklinając w myślach otaczającego tłoku i syfu.

Zaledwie jedna para oczu wydawała się spoglądać na otoczenie z zaciekawieniem. Lustrowała innych pasażerów.

Starsza pani, z materiałową torbą pełną warzyw i innych pierdół, objeżdżała wzrokiem raz po raz każdego, z wielkim wyrzutem, jakby miała każdemu coś do zarzucenia godnego śmierci. Zdawała się nienawidzić wszystkich dookoła, zaczynając od zbyt mocno umalowanej nastolatki z plecakiem, która musi być młodą puszczalską dziwką, poprzez spaślaka pod krawatem siedzącego wygodniej niż ona, a kończąc na Łukaszu, zapewne będącym w jej mniemaniu nierobem rozpierdalającym publiczne mienie.

Dwa przystanki dalej, gdy całe bydło wygramoliło się przez jedyne i słuszne środkowe drzwi oraz pognało do centrum miasta, Łukasz znalazł wolne miejsce siedzące. Odkleił się powoli od szyby i w ciągłym zamyśleniu ruszył w stronę tymczasowego zbawienia. Przez kilkanaście minut stał w nienaturalnej pozycji, powyginany, byle tylko reszta bydła mogła się wprasować i nie wyjeżdżać na niego z ryjem, że się rozpycha. Kości i mięśnie bolały. Czuł się skrajnie zmęczony. Odruchowo spojrzał, czy nie ma poprzylepianych przez idiotów gum i siadając odetchnął z ulgą.

Miał problem. W tej chwili starał się tym nie przejmować, ale wiedział że kilka ulic dalej jego dylemat leżał w zamykanej szafce, zapisany wielkimi literami w karcie pacjenta. Pogrzebał w kieszeni i wyjął rozwiązanie. Rozwinął starannie złożoną wpół receptę i spróbował rozszyfrować nabazgrolone kurzym pismem koślawe litery. „Clopixol”.

„Kurwa”.

Chwilę wpatrywał się pogardliwie w karteczkę, która w mniemaniu psychiatry miała pomóc mu przywrócić racjonalne postrzeganie rzeczywistości, gdy kątem oka spostrzegł wsiadających na przystanku dwóch. Dwóch dresów. Dwóch debili. Dwóch cwaniaków. Trzy w jednym, a raczej sześć w dwóch. Jak szampon przeciwłupieżowy z odżywką zwiększający puszystość włosów, wlazł taki ewenement wraz z kolegą z brakującym napisem: „3 in 1, dres, debil, cwaniak”. Stanęli najbliżej drzwi, by szybciej móc zwiać na wypadek kontroli biletów i gadali głośniej niż kwicząca przez telefon nastolatka z tyłu. Ta ucichła zapewne, by w skupieniu przyjrzeć się dwóm nowym ogierom i Łukasz dałby sobie rękę uciąć, że gdyby obejrzał się za siebie, to zauważyłby, że dziewczę ukradkiem poprawia makijaż.

– Ej Śmigacz, zoba jaka dupa – przygłup powiedział takim szeptem, że słyszał to cały autobus. Skinął, też niby ukradkiem, w stronę nastolatki, by jego kolega zauważył o kogo chodzi.

Jedna nastolatka na cały autobus babć.

Nie chciał, ale był zmuszony ze względu na amplitudę, słuchać inteligentnych wywodów na temat uprawiania seksu, bicia, picia i policji. Chętnie by wsunął posiadaną receptę do kieszeni któremuś z nich. W końcu miał dobre serce i wiedział, że im leczenie jest bardziej potrzebne. Nienawidził tego paradoksu, a dosięgał go często. Że niby on ma się leczyć? Wystarczy spojrzeć dookoła.

Zadziwiali go tacy wielcy bezmózdzy gangsterzy, mega ziomale do kwadratu i ich wywody liryczne o życiu i policji. Szczególnie policji. Wspólne hasło niemal wszystkich z nich – „jebać policję” – wydawało mu się nieco absurdalne i żałosne.

Zgadzał się z tym, że do policji często trafiają „na patrole” agresywne, umięśnione jełopy ledwo po podstawówce. Potrafią się doczepić bez powodu i wlepić mandat za półdarmo. Cóż jednak począć, gdy siedzisz w kabarynie bite kilka godzin i nie dzieje się całkowicie nic? Zanudzić się na śmierć, czy trochę pouczyć pokory obywateli?

Oczywiście byle ziomal ma ich podejście w głębokim poważaniu, bo interesuje się tylko własnym dupskiem, a sam „broni” swojej dzielni dla zabicia nudy i uczy pokory innych, słabszych. To jednak przemyślenie nie na ich głowy. Nigdy nie załapią, że w kraju bez policji, bez bezpieczeństwa padliby trupem po kilku dniach.

A Łukasz założyłby się, że niejeden poleciałby pierwszy na skargę właśnie do nich. Po włamaniu na chatę lub po byciu okradzionym i pobitym. Ale najpierw ziomalek zacznie psioczyć, że policji nie było tam gdzie była potrzebna. Zgubne.

A skoro on, i jemu podobni kumple, wybijają szyby w oknach i dewastują przystanki, to policja ma pełne prawo do postrzegania każdego młodego w kapturze jako potencjalnego wroga.

Najgorsze jednak, że zwykłe małolaty małpują takich ziomali, gdy chcą poczuć się lepsi. Głoszą wszędzie „HWDP”, nie dość że z błędem, to jeszcze bez żadnego głębszego powodu. Bo raz ich policja spisała na wszelki wypadek, by chronić innych obywateli? Żałosne.

Ludziom niestety często brakuje alternatywnego punktu widzenia.

Kiedy dwa dresy opuściły autobus rechocząc i rzucając kurwami na cały regulator, Rejewicz schował twarz w dłoniach. Chciał przez to, na swój dziwny sposób, wyrazić zażenowanie i przeprosić podróżnych za to, że należy do tego samego przedziału wiekowego. Wiedział bowiem, że wszyscy pomyślą, że jest taki sam. Pomimo że starał się o tym nie myśleć, jego umysł, w jednym z wielu procesów myślowych pracujących w tym momencie, zabijał dwie tępe jednostki, które przed chwilą opuściły pojazd komunikacji miejskiej.

„Myślę, wiec jestem. Niestety, niektórzy nie myślą i nadal, kurwa, są.”

Pogrążony we własnych destruktywnych przemyśleniach, wprowadzających go w stan jeszcze większej melancholii, wysiadł na swoim przystanku i patrząc jedynie pod nogi powędrował na autopilocie do domu. Po wejściu na klatkę, woń rozchodząca się po rozklekotanym bloku, przypominająca tanią stołówkę, przywróciła mu poczucie czasu. Pora obiadowa.

– Łukaszku… – załzawiona matka wydobyła z siebie cichy dźwięk szlochając, gdy tylko przekręcił zamek w drzwiach.

Ona już wiedziała.

A teraz podziel się, nie bądź świnka!