Nie ma co ukrywać, że płeć dziecka znacząco wpływa na dalsze życie rodziców. Ale prócz oczywistych faktów, jest też wiele biologicznych i socjologicznych uwarunkowań, które mogą na pierwszy rzut oka brzmieć niedorzecznie.

Matkę trafia szlag, gdy musi znosić łobuzerskie wybryki ledwo co wystającego ponad glebę synalka. Ojca zaś krew zalewa, jak obserwuje chaotyczny i absurdalny proces dojrzewania własnej córki. Czysta mamusia, pomyślał ojciec. Czysty tatuś, pomyślała matka. I oboje mają rację. Ale czy wpadli na to, że posiadanie synów zmniejsza ryzyko rozwodu, a piękniejsi ludzie mają więcej córek?

Syn

Socjologowie i demografowie odkryli, że pary, które mają co najmniej jednego syna stają przed znacznie mniejszym ryzykiem rozwodu, niż pary posiadające same córki.

Wartość „rynkowa” mężczyzny zależy w dużej mierze od jego zamożności, statusu i posiadanej władzy, podczas gdy wartość kobiety wynika przeważnie od jej młodości i atrakcyjności fizycznej. Z tego powodu ojciec musi upewnić się, że syn odziedziczy jego majątek, status i władzę bez względu jak dużo (lub mało) tych środków posiada. Z drugiej strony, ojciec lub matka może zrobić stosunkowo niewiele dla córki, by utrzymać jej wartość „rynkową”, czyli utrzymać ją w młodym wieku lub sprawić, by była atrakcyjniejsza fizycznie.

Tak więc syn staje się długoterminową inwestycją, wymagającą stałej obecności ojca, co nie jest niezbędne w przypadku córki. Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, wniosek jest jeden – obecność synów w rodzinie mniejsza ryzyko rozwodu rodziców bardziej, niż obecność córek. Tendencja ta, z oczywistych materialnych powodów, jest większa wśród bogatych rodzin.

A skoro syn = dobra materialne, to córka = piękno.

Córka

Powszechnie uważa się, że płeć dziecka jest kwestią przypadku. Jest w tym wiele racji, ale też nie do końca. Przypadek się tu hojnie udziela, ale nie jest to jedyny czynnik wpływający na płeć bachorka. Normalny stosunek płci noworodków wynosi 105 chłopców na 100 dziewczynek. Ale proporcje te wahają się w różnych warunkach oraz różnych rodzinach. Istnieją bowiem czynniki, które mogą delikatnie wpłynąć na to, czy potomek będzie posiadał siusiaka.

Jedną z najbardziej znanych zasad w biologii ewolucyjnej jest hipoteza Triversa-Willarda, która zakłada, że zamożni rodzice o wysokim statusie społecznym mają więcej synów, podczas gdy ci biedniejsi i nisko postawieni mają więcej córek. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że potomstwo zazwyczaj dziedziczy status majątkowy oraz społeczny swoich rodziców. Na przestrzeni dziejów, synowie z bogatych rodzin, którzy sami stawali się bogaczami, mogli liczyć na wiele żon, kochanek i konkubin, robiąc przy tym dziesiątki (lub nawet setki) dzieci. Z drugiej strony, ich równie bogate siostry, nie mogą posiadać tyle potomstwa ile fabryka dała z przyczyn biologicznych. Zanim licznik dobiłby do setki, one znacznie wcześniej by się rozleciały.

Tak więc natura zaprojektowała rodziców do posiadania uwarunkowanego współczynnika płci potomstwa, który jest zależny od okoliczności ekonomicznych. Prościej ujmując – więcej chłopców wśród bogatych, więcej dziewczynek wśród biednych. Zostało to potwierdzone przykładami z całego świata, mimo że stojący za tym biologiczny mechanizm nie został jeszcze całkowicie zrozumiany.

I tak też amerykańscy prezydenci, vice-prezydenci oraz sekretarze stanu mają więcej synów niż córek, natomiast biedni pasterze Mukogodo z Afryki mają więcej córek niż synów. Rejestry kościelne z XVII oraz XVIII wieku dowodzą, że bogaci właściciele ziemscy w niemieckim Leezen posiadali więcej synów, podczas gdy robotnicy rolni i handlowcy bez własności mieli więcej córek. W ankiecie przeprowadzonej wśród respondentów z 46 krajów, zamożni ludzie zazwyczaj preferowali synów, jeżeli mieliby wybierać płeć dla swojego jedynego dziecka, natomiast ci mniej zamożni woleliby córki.

Uogólniona hipoteza Triversa-Willarda wykracza także poza bogactwo i status rodziny. Jeżeli rodzice mają jakieś cechy, które mogą przekazać swoim dzieciom, i jeżeli te cechy są lepsze dla synów, wtedy będą oni mieli więcej synów. Analogicznie, jeżeli przekazywane cechy byłyby lepsze dla córek, to będą posiadać więcej córek.

Atrakcyjność fizyczna, mimo że jest uniwersalnie pozytywną cechą, bardziej przyczynia się do sukcesu reprodukcyjnego kobiet. Zatem uogólniona hipoteza zakłada, że atrakcyjni fizycznie rodzice powinni mieć więcej córek niż synów. I tak też w istocie jest. Amerykanie, którzy zostali ocenieni jako „bardzo atrakcyjni”, mają 56% szans na córkę jako pierwsze dziecko, w porównaniu z 48% szans wśród całej reszty.

Źródło: psychologytoday.com

A teraz podziel się, nie bądź świnka!